[ biuro ceraty - oceny blogów ]

ogłoszenie

Poszukujemy analizatorów. Jesteś zainteresowany? Wyślij e-mail z przykładową oceną, charakterystyką (ma pasować do naszych!) i numerem GG na adres dominika.musiol@gmail.com.

biuro

niedziela, 17 października 2010, dolcze.blogspot.com

 Przeprowadzka brutalnie pozbawiła mnie dostępu do Internetu na czas nieokreślony. Tylko w weekendy mogę korzystać z sieci w sposób swobodny, toteż proszę się nie dziwić, że oceny będą się pojawiać już nie ze słabą częstotliwością, lecz z krytyczną. Również nad tym ubolewam.
 Tymczasem jednak w przypływie radości z powodu dorwania się do tegoż dobra deficytowego wezmę się w końcu za analizę. Tak się miło złożyło, że następna strona w kolejce to pamiętnik. Haha. Dobrze! Już dawno nie oceniałam pamiętnika. Aż... trzy analizy temu. Mam nadzieję, że nie wyszłam z wprawy. Powinno pójść szybko, a przynajmniej dużo szybciej, niż w przypadku opowiadania. W takich przypadkach należy zostawić autorowi znacznie więcej przestrzeni. Refleksje nie są już dziełem literackim (chociaż też nie do końca), które powinno spełniać jakieś normy, by być dobre. Do opowiadań i fanfiction można podchodzić poniekąd hurtowo i tylko dopasowywać je do swoich wymagań. Za to przy pamiętnikach trzeba pamiętać, że to już nie wymysł, fikcja, fantazja. Ma się bliższy kontakt z autorem i dlatego konieczne jest bardziej indywidualne podejście.
 Ale ja tu gadu-gadu, a Dolcze czeka.

 Zgodnie z zapowiedzią, w szablonie dominuje czerń. Faktycznie jest duszno i jakby tak cicho, spokojnie. Pomimo fragmentu piosenki Rich Kid blues The Raconteurs w nagłówku. Po rozmieszczeniu i stylu całości, tak najogólniej patrząc, w ciemno strzelałabym, że to blogspot.pl. Niby nic konkretnego, ale to ten styl. Chyba jednak nie zostanę jego fanką. Jedynym szczegółem nadającym wyrazu całej szacie graficznej są stonowane, zielone nagłówki. Taki nijaki ten szablon. Podchodzę do niego obojętnie, bo nie ma mnie ani czym zniechęcić, ani zauroczyć. Szara Verdana na czarnym tle niczym się nie wyróżnia, ale też nie przeszkadza. Na pewno nie będzie utrudniać czytania.
 Można narzekać z jednej strony, ale z drugiej wszystko jest poukładane, nie widzę śmieci. Zarówno menu jak i wpisy mają swoje miejsce. Na stronie głównej znajdują się tylko dwa ostatnie wpisy, dzięki czemu całość nie ciągnie się w nieskończoność. Archiwum pod notkami, linki według kategorii grzecznie z boku. Ułożenie odnośników do stron z ocenami według długości nazwy niewątpliwie jest rozwiązaniem przyciągającym uwagę.
 Takie coś jak dział "o mnie" zostało zgodnie z realiami blogspota sprowadzone do krótkiej notki na stronie głównej. A notka ta jest faktycznie bardzo krótka, bardzo niekonkretna i bardzo liryczna: mieszkam sobie w podtekstach i papierosowym dymie. Mam przeczucie, że taki będzie cały ten blog. Mało konkretny, krótki i liryczny. Mam rację? Przekonajmy się. Archiwum obejmuje okres od marca tego roku, łącznie czterdzieści sześć wpisów.
 To jest dziwne uczucie. Z jednej strony czytając te zapiski człowiek nie wynosi z nich nic konstruktywnego, może się co najwyżej zastanawiać, o co tak właściwie chodzi. A mimo wszystko czytanie tych kilkudziesięciu notek sprawiło mi wielką przyjemność. Jest tak zapewne właśnie za sprawą tego braku konkretności, tej liryczności, czarowania, wplatania w tekst żywych emocji. Tak, dokładnie o to chodzi. Nie ma tutaj suchych faktów, które są zwykle sprawcami poczucia nudy. Jest magia, zabawa słowem, kształtowanie zarówno treści, jak i formy. Czasami może się wydawać, że w notkach pozornie panuje chaos, ale tak naprawdę tutaj wszystko jest celowe, zaplanowane i użyte w taki sposób, by jeszcze bardziej wzmocnić siłę przekazu: począwszy od sporych luk pomiędzy niektórymi akapitami, poprzez kursywę i pogrubienie kluczowych słów, a kończąc na manipulacji rozmiarem tekstu.
 Gdyby zaś spytać o samą treść, to dotyczy głównie życia codziennego i występujących w nim sytuacji, które rodzą jakieś warte opisania emocje i uczucia. Te z kolei często są źródłem ciekawych uwag i spostrzeżeń, ciekawych opisów. Przykładem może być tutaj Louise. Wprowadzenie swojego alterego jest interesującym zabiegiem i bardzo mi się spodobał, do czasu gdy owo dziewczę zaczęło dominować w notkach i wypierać z nich inne treści. Naprawdę wszystko, co sprowadza się do Twojego nastroju, można wyrazić tylko w odniesieniu do tegoż tworu?
 Ostatni wpis jest doskonały. Spostrzeżenia w nim zawarte są tak proste i tak niezaprzeczalnie prawdziwe, że aż trudno to wyrazić.

 Niewątpliwie czytanie tych zapisków sprawiło mi wielką przyjemności. Oryginalność zarówno treści, jak i zapisu jest niezaprzeczalnie wielką zaletą. W związku z tym zastanawiam się, czy w ogóle ma z mojej strony sens pisanie o wykroczeniach poza zasady polskiej interpunkcji. Wiadomo, że zdania i nazwy własne pisze się wielką literą. Wiadomo, że po tytułach ponadto nie stawia się kropki. Wiadomo, że przy wyliczeniach typu linków też nie stawia się kropek.
 No i co z tego? Ano nic. Wybaczam, bo przynajmniej konsekwentnie trzymasz się obranego stylu i mimo wszystko robisz to z głową. Przecinki są rozmieszczone dobrze. Wyłuskałam tylko trzy literówki, co zdecydowanie przemawia na korzyść bloga i niewątpliwie ułatwia i umila czytanie.
 Co mogę napisać w ramach podsumowania? Bardzo przyjemny blog, mimo że duszny (tu mam ochotę wstawić emotikon, ale się powstrzymam). Można by napisać, iż dostarcza rozrywki, ale jakoś to słowo nie pasuje mi do klimatu panującego na stronie. Mam wrażenie, że każdy znajdzie na niej coś, co go zainteresuje. Dla jednych będzie to odrobina refleksji, dla innych kilka ciekawych linków, a dla jeszcze innych, hmm, kopalnia opisów na gadu-gadu? Przykład? Proszę bardzo: ludzie łatwo się łamią, podobnie jak marzenia i serca. Ładnie, nieprawdaż?
 To jeden z tych blogów z pomysłem, na które wraca się co jakiś czas, by zobaczyć, co też ten autor znów wykombinował.

Niezaprzeczalnie: +5

Pozdrawiam!
Iskra


skomentuj2



piątek, 17 września 2010, turn-the-page.mylog.pl

 Kolejne opowiadanko przeznaczone do wyceny? Co to się ostatnio dzieje? Jak tak dalej pójdzie, to moja klawiatura tego nie wytrzyma. Analizy po 6–7 tysięcy słów... Ale ja naprawdę inaczej nie potrafię ocenić czytadła. Jest tyle spraw, które trzeba poruszyć! Tyle elementów godnych omówienia! Żeby więc niepotrzebnie nie przedłużać, przejdę do rzeczy i Przewrócę Stronę.

 A może jednak najpierw napiszę coś o samym zgłoszeniu? Tak gwoli wstępu? Żadnych obiekcji? No to lecimy...
 Jak widać są jeszcze na mylogu ludzie dobrze wychowani. Czy będziesz tak miła i zechcesz ocenić moje fanfiction? Ojejku! Pełna kultura. Zrobiło się milutko. A dalej: treści brutalne i gorszące. Czymś takim nie da się mnie zrazić. Mnie, osobę, która zaczytuje się w prozie Sapkowskiego, Kozak, Ćwieka, Guzka i innych autorów z zapałem tworzących pikantne powieści o mordobijach. O owsiance w środowy poranek może pisać każdy, a przemoc i erotyka to tematy usytuowane w ścisłej czołówce listy zatytułowanej: Co najłatwiej spartolić? Cieszę się, że będę miała okazję sprawdzić, jak poradziła sobie z nimi droga Lori. (Mogę się tak do Ciebie zwracać, prawda? W końcu czeka nas niemal 21 stron wspólnego denerwowania się). Ogólnie perspektywa lektury fanfiction o Śmierciożercach napawa mnie niejakim optymizmem. No, i ta uprzejmość!
 Właściwie nie powinnam tak zagłębiać się w samo zgłoszenie. W końcu nie mam ocenić autorki, lecz sam blog. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli się ładnie poprosi i tym samym wprawi mnie w dobry nastrój, to wchodząc na bloga będę już poniekąd pozytywnie nastawiona. A to się liczy!
 Morał z tych rozważań taki, że kultura osobista w życiu się opłaca! O! I lecimy dalej.

 No łał! Mam ostatnio szczęście! Kolejny blog z dobrym szablonem. Dobrym? Ależ Skąd! Świetnym! Albo staję się za mało wymagająca, albo to los mi sprzyja. Ale zaraz... Mało wymagająca? A czego jeszcze można wymagać? Jest dobre, psychodelicznie podkolorowane zdjęcie, a na nim brunet ze zmierzwionymi włosami i sińcami pod oczami. Patrzy gdzieś w bok, poza ramy swego zdjęcia. Może na coś, może na kogoś. Budzi trudne do uzasadnienia skojarzenie z narkomanią. Mimo iż wydaje się spokojny i opanowany, to coś dzikiego jest w jego rysach. A te kolory! Fantastyczny efekt. Mamy tutaj również ładnie wkomponowany nagłówek: such a rush, a obok drobniutkimi jak mróweczki literkami napisano: I znów stał się artystą, znów miał swój obraz, nad którym w pełni panował. Jego pędzel był ze stali, a inspiracja z krzyku, pomysł rodził się z każdą sekundą. A [...] Talent był wrodzony. Jak widać jeszcze nie do końca oślepłam, skoro dałam radę to odczytać. No... z wyjątkiem tego jednego wyrazu w ostatniej linijce. Zgrabny tekst. Niby taki niewinny, a jednak coś się w nim czai. Ma ciekawy klimat. (Dopisek po przeczytaniu całości: Ha! Już wiem co to za brakujące słowo! Starczy dokładnie przeczytać fragment IV, części drugiej!)
 Analizując dalej, dochodzę do głównego okna, u szczytu którego zamieszczono ogłoszenie dotyczące ograniczenia wieku czytelników. Zaserwowano mi również link do podstrony znaczniki, na której widnieje opis cosi. Sądzę, że to bardzo przydatna sprawa. Plus za pomysł.
 Wracam na stronę główną. Pod ogłoszeniem wstawiono kolejne urozmaicenie: trzy cytaty z kanonu, dotyczące w pewien sposób Śmierciożerców. Są ładnie wstawione w cudzysłów i podpisane. Klawo! Tylko ten pierwszy, ten zawierający słowa Voldemorta, jakoś mi tak dziwnie... "Ilu będzie odważnych, by powrócić, kiedy poczują, że Znak na ich ramionach robi się czarny? A ilu będzie zbyt głupich, by pozostać tam, gdzie są?" Na pewno tak to szło? Pokuszę się o sprawdzenie. Pomyślmy... W którym tomie mogły paść takie słowa? Obstawiam Czarę Ognia, scenę przywołania Śmierciożerców na cmentarz. Tak się fajnie złożyło, że akurat mam tę książkę pod ręką. (Dobra, przyznam się: zawsze mam je pod ręką...). I bingo! Mam! A co mam konkretnie? Ano to: Ilu zachowało w sobie dość odwagi, by powrócić, kiedy to poczują? [...] A ilu okaże się takimi głupcami, by nie przybyć na moje wezwanie?1 I co ty na to, droga Lori? Jedynym potencjalnym wytłumaczeniem tej wpadki może być to, że cytat widniejący na Turn the Page jest nieoficjalnym tłumaczeniem z oryginału. To byłabym w stanie przyjąć z pokorą i słowem się na ten temat nie odezwać. Ale (tak, zawsze musi być jakieś "ale") co mnie w ogóle natchnęło do takiego wiejącego fanatyzmem postępowania? Słowa wstawione na stronę jako cytat zawierają błąd logiczny. Jeśli faktycznie ktoś pokusił się o własne tłumaczenie tej kwestii i wyszło mu to, co widzę, to nie zwiastuję mu wielkiej kariery tłumacza. Chodzi mi konkretnie o drugie z pytań zadanych przez Lorda. W książce brzmi ono następująco: A ilu okaże się takimi głupcami, by nie przybyć na moje wezwanie? I jest logiczne: kilku będzie tak głupich, że nie przybędą (=zostaną tam gdzie są). A tymczasem na analizowanej stronie mamy taką wersję: A ilu będzie zbyt głupich, by pozostać tam, gdzie są?. Czyli: kilku będzie tak głupich, że nie zostaną tam gdzie są (=przybędą na wezwanie). Analogiczne zdanie dla rozwiania wątpliwości: Ala jest zbyt głupia, by karmić Asa. Czyli: Ala nie karmi Asa, bo jest głupia. Widać to? Zmieniona została podstawa tego pytania, przez co zachwiano jego logikę i całość brzmi bardzo groteskowo: jedni będą odważni i przybędą, a inni będą zbyt głupi, ale też przybędą. No absurd... Coś z tym trzeba zrobić: albo posłużyć się dokładnie słowami zaczerpniętymi z książki, albo poprawić to co jest i zaznaczyć jakoś pochodzenie tego zdania. Jeśli jest to tłumaczenie własne, też warto byłoby o tym wspomnieć.
 To może przyjrzymy się i pozostałym cytatom?
 Przytoczone słowa Hagrida są dosyć ogólnikowe i trudno dopasować je do konkretnej sytuacji. Po zastanowieniu doszłam jednak do wniosku, że pasują mi do Więźnia Azkabanu. No i znów bingo! No tak, ale kiedy czarodziej przechodzi na stronę Ciemności, wtedy już nic i nikt się dla niego nie liczy...2 Jak widać, mimo użycia innych słów, główny sens wypowiedzi został zachowany. To by przeszło.
 Ostatni z cytatów to wypowiedź Quirrella, zatem zajrzyjmy do zakończenia Kamienia FIlozoficznego. O! A tu niespodzianka: słowo, w słowo tak, jak u mnie w książce3! Da się? Oczywiście, że tak. Może i jestem nadpobudliwą fanatyczką, ale twierdzę, że cytując, trzeba trzymać się ściśle określonych zasad: przytaczać słowa dokładnie i rzetelnie — nie zmieniać ich na potrzeby własne, wyraźnie zaznaczać początek i koniec cytatu cudzysłowem lub zapisywać go w inny sposób niż pozostałe treści, podpisywać słowa nazwiskiem autora oraz w miarę możliwości podać ich pochodzenie. To takie podstawy, które tutaj zostały mocno nadszarpnięte. Warto się nad tym zastanowić, prawda?
 Co jeszcze mogę powiedzieć o szablonie? Biały Century Gothic na przyjemnie brązowym tle. Och, uwielbiam tę czcionkę — mam na jej punkcie hopla! Ciekawy efekt linków i wyróżniająca się kursywa. Wszystko współgra, nic nie razi w oczy. Jedyne do czego mogłabym mieć jakiekolwiek zastrzeżenia, to spis treści, który wypada bardzo blado na jasnym tle. Reszta bardzo mi się podoba.
 No tak, wszystko bardzo ładnie, ale gdzie jest menu? Ha! Akuku? Kto nie myśli, ten odpada z zabawy? Fajne rozwiązanie, naprawdę. Szczególnie, że menu jest dosyć rozbudowane. Dobrze, że zostało umieszczone na osobnej podstronie. Nie psuje w ten sposób harmonii strony głównej. Kolejny plus za kolejny pomysł.

 Jak wspomniałam menu jest obszerne, bo i sama strona jest mocno rozbudowana. Zazwyczaj czytelnicy mają dostęp do jednej podstrony "o opowiadaniu" i do samego tekstu. U Lori mamy do wglądu aż osiem stron dotyczących opowiadania jakoby od kuchni. Omówmy je może pokrótce:

Autorka
 O! Widzę problem techniczny. Charakterystyczne dla myloga reklamy wyświetlają się niżej niż zazwyczaj i zakrywają magiczny guziczek służący do ich unicestwiania. Chcąc mieć dostęp do tekstu, trzeba go gdzieś skopiować. Ktoś, komu się chce, da sobie radę. Cała reszta zapewne się zniechęci.
 Zawsze intrygował mnie fakt, że wszyscy bloggerzy rozpoczynają swoje autoopisy od wzmianki o tym czy lubią, czy też nie lubią pisać o sobie. Lori nie jest pod tym względem wyjątkiem. Patrząc całościowo tekst jest dosyć ogólnikowy. Ale to nawet dobrze. Są najważniejsze informacje: ksywa, wiek, kontakt. Więcej niczego nie potrzeba.

Spis Treści
 Był na głównej stronie, więc nie widzę sensu w powtarzaniu się. To jednak kwestia upodobań. Skoro ma być, to niech jest. Warto by jednak pamiętać o jego regularnej aktualizacji! Ostatni rozdział, dodany 28 sierpnia (a nawet i wcześniejszy!), jeszcze się na tę podstronę nie załapał. A chyba najwyższy czas by się tam znalazł, nie uważacie?

Pomysł
 Oj. Oj, oj. Moment, przeczytam jeszcze raz, bo się pogubiłam.
Czym tak naprawdę jest turn-the-page? Wiele razy zadawałam sama sobie to pytanie i - niestety - nigdy nie znalazłam na nie odpowiedzi. Po dość długim czasie spędzonym z wieloma notatkami na temat bohaterów i wydarzeń, które chciałam opisać, doszłam do wniosku, że Przewróć stronę! to nic innego jak historia pewnego Śmierciożercy, który - tak naprawdę - to człowiek o niespotykanie słabej psychice.
 Łał. I Hurra. I w ogóle.
 Wiesz, droga Lori, wnioski tego typu niezbyt dobrze wpływają na sposób postrzegania autora i jego twórczości. Tak bardzo delikatnie mówiąc. A nieco dalej mamy kolejne zaskakujące odkrycie: Tak naprawdę stworzenie głównego bohatera miało na celu li i jedynie nadanie opowiadaniu jakiegoś konkretnemu [konkretnego?] celu, ułożeniu drogi, której mogłabym się trzymać, pisząc. Znowu: łał. Głębia taka, że mi buty zmoczyło. Wydawało mi się, że ta podstrona powinna zawierać opis sytuacji lub zdarzenia, za sprawą którego zrodził się pomysł na napisanie fanfiction o takich, a nie innych czasach i z takimi, a nie innymi bohaterami. A zaserwowano mi garść rozważań nad teorią konstrukcji świata przedstawionego i jego wpływu na fabułę. I to niezbyt innowacyjnych czy odkrywczych, pozwolę sobie nadmienić.
 Następny akapit również mnie zaskoczył: Przewróć stronę! zdecydowanie biegnie ku końcowi. Od samego początku miało wyznaczony epilog, a także ogólny zarys, jak ma całość wyglądać. A tymczasem w księdze zgłoszeń: nie pozostaje mi nic innego, jak zarysować Ci, o czym traktuje moje fanfiction. Do niedługiego czasu jeszcze sama tego nie wiedziałam, bawiąc się w opisywanie losów śmierciożercy [...] i błądziłam gdzieś po przestworzach myloga. Ups! Kolejna wpadka? Dalszych kilka linijek zawiera rozważania nad siłą woli potrzebną do zakończenia opowiadania. Już sama nie wiem jak to skomentować. Wydaje mi się oczywistym fakt, że zaczynając coś pisać, ma się dokładnie zarysowaną fabułę i zakończenie. Pisanie dla samego pisania jest dobre tylko w przypadku szlifowania warsztatu lub infantylnych pisarzyków. W tym pierwszym przypadku niekończący się tasiemiec zazwyczaj trafia na dno szuflady (współcześnie: dysku D), a w drugim ląduje na mylogu lub onecie, ku uciesze niewymagającej młodzieży zaczytanej w odmóżdżających "bestsellerach" klasy Zmieszchu. Mam świadomość, że zapewne zostanę zlinczowana za głoszenie takich poglądów, ale taka jest smutna prawda. Jak zatem mam odebrać słowa o umiejętności spokojnego zakończenia opowieści?
 Wydaje mi się, że mimo szumnego tytułu "pomysł", ta podstrona powstała bez jakiegokolwiek pomysłu. Tekst jest niespójny, strasznie chaotyczny. Miejscami wręcz zaprzecza treściom sprzed kilku wersów, np.: turn-the-page to coś więcej, niż setki pomieszanych ze sobą wątków, które nie składają się w jedną, spójną całość, a w ostatnim akapicie: Co jest tu głównym motywem? Życie Daniela, działania Czarnego Pana, syzyfowa praca Ministerstwa czy setki pojedynczych wątków? A może na główny motyw składają się te wszystkie części? Logika poszła się bujać.
 Jeśli mam być szczera (a przecież mam taka być, prawda?) to radzę przemyśleć założenie całej tej podstrony, ułożyć sobie w punktach, w sensownej kolejności treści, które chce się przekazać, a następnie ubrać je w słowa. I najlepiej w ogóle nie sugerować się tym, co jest na stronie. Coś takiego może prowadzić tylko ku dobremu: wprowadzi trochę świeżości. Jeśli jednak zdecydujesz się, droga Lori, nie kleić całości od nowa, to przynajmniej warto by poprawić kilka rzucających się w oczy błędów:
# historia pewnego Śmierciożercy, który - tak naprawdę - to człowiek o niespotykanie słabej psychice. — to, co następuje po przecinku powinno być zdaniem, a nie ma orzeczenia; "który to JEST człowiekiem..."; ponadto wtrącenia obojętnie czy wydzielone przecinkami, nawiasami lub myślnikami, powinny być wstawione tak, by po ich usunięciu zdanie nadal pozostawało poprawne i logiczne — zasada prosta, a przydatna;
# miało na celu li i jedynie — jedynym współczesnym, poprawnym związkiem wyrazowym, w którego skład wchodzi przysłówkowe li jest li tylko. Przedstawiony tu zwrot jest co prawda obecny w literaturze (szczególnie w twórczości Małgorzaty Musierowicz), ale pełni on zawsze funkcję stylizacji języka bohaterów i jego użycie przez narratora uznaje się za błąd. Nie pytaj mnie dlaczego tak jest — po prostu jest i trzeba to przyjąć;
# stworzenie głównego bohatera miało na celu [...] ułożeniu drogi — konstruując zdania wielokrotnie złożone trzeba bardzo uważać na takie fleksyjne pułapki: miało na celu ułożenie drogi;
# trudno jest przedstawić czasy za panowania Lorda Voldemorta — konstrukcja "za panowania" lub "za czasów panowania" jest jakoby zarezerwowana dla monarchów, czyli osób które faktycznie "panowały". O współczesnych rządzących powiemy, że "sprawują urząd" lub "sprawują władzę". Voldemort nigdy nie pełnił żadnej formalnej funkcji: nigdy nie "panował". Można o nim co najwyżej powiedzieć, że siał terror;
# to nawet nie opowieść o [...] temu, jak wiele ludzie są w stanie poświęcić — kolejne sidła zdania złożonego: o tym;
# takie sceny, jak przedstawienie tortur — zabawa słowem; może być: scena tortur, scena przedstawiająca tortury, brutalna scena etc. Ale "przedstawienie tortur" to nie "scena", to co najwyżej opis.
# mieszanie dywizów z myślnikami.

Szablony
 Treść podstrony jest oczywista. Mamy tutaj trzy grafiki. Osobiście uważam, że nie umywają się do tego co teraz widnieje na blogu.

Bohaterowie
 Kto spodziewał się tu charakterystyk postaci, ten się grubo pomylił. Ja sama również się czegoś takiego spodziewałam. Nie oznacza to bynajmniej, że jestem rozczarowana. Nie jestem zwolenniczką zamieszczania na stronie elaboratów zawierających dogłębną analizę psychiki bohaterów. Zgadzam się, że to spłyca i ogranicza charakter. Dlatego też nie mam zamiaru opisywać tu w kilku zdaniach każdego z bohaterów mojego fanfiction, a jedynie przedstawić pewne suche fakty, które każdy czytelnik powinien znać. Po czym następują dwa zdania, które najogólniej jak to możliwe przedstawiają fabułę. Części owych suchych faktów czytelnik dowie się już w pierwszej części. Nie widzę zatem sensu powielania się. Można by za to wymienić z imienia i nazwiska kilka postaci niekanonicznych, jak choćby ów syn Avery'ego — o którym jeszcze będzie mowa. Rozbawiły mnie dwa stwierdzenia:
# lubię nadawać osobom [...] jakieś ciekawe wątki — jazda po bandzie; osobom nadaje się cechy/znaczenia/wartości/..., a nie wątki!
# mogłyby pokrzyżować w pewien sposób historię — pokrzyżować można plany, w żadnym wypadku historię!
 Plus wspomniane już wcześniej mieszanie dywizów z myślnikami.

Kanoniczność
 Tu dopiero na czytelnika czeka prawdziwa matematyczna łamigłówka. Powiem Ci, droga Lori, że zaserwowałaś mi sporo rozrywki. Omówmy dany tekst fragmentami:
Siedząc i pisząc część opowiadania wpadłam na pomysł, iż dobrze by było sprawdzić, jakie dokładne są daty urodzin postaci. Tak więc odwiedziłam leksykon i - ku mojej zgrozie - przeraziłam się. Rowling się pomieszała. Leksykon przedstawia daty urodzin miej więcej tak:
1951 - Bellatrix Black
1954 - Lucius Malfoy
1955 - Narcissa Black->Malfoy
1959 - James Potter, Lily Evans->Potter, Sirius Black, Peter Pettigrew, Severus Snape, Remus Lupin
1961 - Regulus Black.
[oczywiscie jest więcej, ale to są kluczowe daty dla tego opowiadania] Jak wiemy z siódmej części "Harry'ego Pottera" James i Lily, więc też Black (...) urodzili się w 1960 roku. Mamy więc rok opóźnienia. Nie mogąc zrozumieć faktu, dlaczego Leksykon przedstawia takie kłamstwa weszłam na podstronę wyjaśniającą owe daty. Na co się natknęłam? Zobaczcie sami [link].

 Ależ nie, moja droga. To nie Rowling się pomieszało. U niej wszystko gra i śpiewa. Wystarczy jedynie dostrzec, w czym leży cały problem polskich fanów. A leży nie gdzie indziej, jak w polskim systemie szkolnictwa, na który wszyscy uparcie chcą przekładać realia Hogwartu. Tak się powiem składa, że w polskich szkołach do jednej klasy przyjmuje się zasadniczo dzieci urodzone w tym samym roku kalendarzowym, czyli np. od 1. stycznia 1960r. do 31. grudnia tegoż roku. Natomiast u Rowling żeby móc pojechać do Hogwartu trzeba mieć ukończone 11 lat, zatem pierwszorocznymi zostawały dzieci urodzone pomiędzy 1. września jakiegoś roku, a 31. sierpnia roku następnego. System ten opiera się na roku szkolnym, a nie kalendarzowym. Można się tego domyślić po przeczytaniu tekstu z podanej przez ciebie strony: Since Bella was born in 1951, she started Hogwarts in 1962 or possibly 1963 if she was born after September 14. W przykładach z zamieszczonego na stronie kalendarium podano tylko pierwszą z dwóch dat określających dany rocznik Hogwartu. Weźmy na przykład Huncwotów i spółkę: podano datę 1959, co oznacza, że osoby z tego rocznika urodziły się pomiędzy 1. września tegoż 1959r., a 31. sierpnia 1960r. Spójrzmy jak ma się to do konkretnych przypadków:
# James Potter — 27. marca 1960;
# Lily Evans — 30. stycznia 1960;
# Remus Lupin — 10. marca 1960;
# Syriusz Black —24. października – 22. listopada 1959;
# Severus Snape — 9. stycznia 1960.
 Wszystko pasuje idealnie. Aby jednak bezsprzecznie udowodnić ten stan rzeczy radzę przyjrzeć się datom urodzenia sławetnej trójcy:
# Harry Potter — 31. lipca 1980
# Ron Weasley — 1. marca 1980
# Hermiona Granger — 19. września 1979
 Mówiłam, że wszystko gra i śpiewa? Oczekuję wyjaśnienia tej kwestii i ekspresowego pozbycia się fraz o pomieszaniu Rowling i kłamstwach w leksykonie. Wstyd! Wstyd i hańba!

 Kolejny świetny fragment:
Uważając więc, że Bella urodziła się w 1955 roku musiałam pozostałe daty "pociągnąć" o również cztery lata, z czego wyszło:
1955 - Bella
1959 - Lucek
1960 - Cyzia
1960 - Potter end kompany [to zostawiłam, gdyż uznałam informację w książce za prawidłową]
1966 - Regulus

 Powiedz mi, droga Lori, ile miałaś z matmy w szkole? Ja skończyłam mat-fiz i wydaje mi się, że jeśli do 1954 dodasz 4, to powinno ci wyjść 1958, a nie 1959 (Luciusz). Analogicznie u Narcyzy (1955+4=1959) i Regulusa (1961+4=1965). Kolejna wpadka? A dalej:
Niestety - pojawił się tu kolejny problem. W jednej części "Harry'ego Pottera" jest wyraźnie napisane, iż Lucek w 1995 roku miał 41 lat. Nie pozostało mi nic innego, jak znów odmłodzić go o cztery lata.
Z czego znów wyszła mu data 1954. Doprawdy, Lori, nie ogarniam Twojego systemu liczbowego. Ponadto, jeśli komuś przesuwa się datę urodzenia (jak w tym przypadku z roku 1959 do 1954) to się kogoś postarza, a nie odmładza!

Musiałam też więc odmłodzić Cyzię - para była razem w Hogwarcie, a jeden rok [gdzie Cyzia ma lat 11 a Lucek 17] to według mnie za mało. Tak więc Cyzia cofnęła się do swojej pierwotnej daty urodzin. Nie mogąc jednak pozwolić na to, by siostry były w tym samym wieku [wyraźnie zostało napisane, iż Bellatrix była starsza] odjęłam Belli jeden rok - została ona w wieku Syriusza.
 Czyli Lucjusza zwanego tutaj Syriuszem z przyczyn mi totalnie nieznanych. A poza tym: odjęłaś jeden rok od daty urodzenia, czyli dodałaś (do wieku) Bellatrix jeden rok. A dalej identyczna sytuacja z tym odmładzaniem. Skoro cofnęłaś datę urodzin Narcyzy, to znaczy że ją postarzyłaś, a nie odmłodziłaś!

Kiedy pomyślałam o tym jeszcze raz uznałam, że Regulus byłby za młody. Uczyniłam go więc o trzy lata młodszego, tak, jak było to pierwotnie.
 Na litość boską! Przeczytałaś ten tekst chociaż raz?! Był za młody, więc go odmłodziłaś?! Gdzie tu jakakolwiek logika?

Wiem, że wszystko pomieszałam i poplątałam, jednak tych postaci potrzebuję strasznie i mam nadzieję, że cokolwiek zostało zrozumiane.
 No ja z tego rozumiem tyle, że Ty tego nie rozumiesz wcale. A na dodatek nie pojmuję, po co taki szum z tymi datami urodzenia. Chyba nie każesz chodzić swoim postaciom z danymi personalnymi wypisanymi na czole? Wydaje mi się, że jeżeli Rowling poradziła sobie bez dokładnego określania wieku postaci w tekście, to nie powinno być z tym problemu i w fanfiction.

I jeszcze na koniec proszę pamiętać, że mamy dwóch Averych [nie mam zielonego pojęcia, jak to odmienić] - starszego [chodził do szkoły z Riddle'em] i młodszego [przyjaciela Snape'a z lat szkolnych]. Imiona obydwóch są nam nieznane, więc pozwoliłam ich sobie nazwać.
 Po przeczytaniu powyższego, ostatniego akapitu doszłam do wniosku, że cały ten wywód można by wrzucić na podstronę bohaterowie. Więcej ma wspólnego z tamtą tematyką niż z kanonicznością
 Lori, jeśli już faktycznie musisz mieć podstronę tak zatytułowaną, to ogarnij ten śmietnik. W tym tekście ani jedno zdanie nie trzyma się kupy. Najpierw cyrk z rzekomą niezgodnością dat. Naprawdę przeczytałaś zawartość strony, do której dałaś linka? Czy wstawiłaś go dla szpanu, bo jest po angielsku? Rozumiem, że nie trzeba znać wszystkich dat na pamięć. Sama ich nie znam. Znalezienie i sprawdzenie tych, które zamieściłam powyżej, zajęło mi 20 minut. Starczyły mi google i polska wiki o Harrym. Tylko tyle. Każdy może sobie sprawdzić kalendarium. Jeśli więc koniecznie chce się wrzucić na bloga własne, "skonsultowane" z kanonem, to trzeba się postarać, a nie zrobić to "po łepkach" i jeszcze wytykać innym ich rzekome błędy, wynikające tak naprawdę z własnej niewiedzy.
 A dalsze wyjaśnienia skomplikowanych obliczeń to świetny materiał kompromitujący. Nic tylko usiąść i płakać.
 Zapis również pozostawia wiele do życzenia. Między innymi, po raz pierwszy spotkałam się z przypadkiem by ktoś przeraził się ku swojej zgrozie. Rety, to musi być naprawdę coś... W oczy rzucają się niewłaściwe użycie nawiasów kwadratowych. Ten temat w większości podręczników, słowników ortograficznych i zbiorów zasad pisowni jest potraktowany tak, że pożal się Boże. Niech więc stracę jeszcze trochę czasu, ażeby wyłożyć to zagadnienie jak kawę na ławę.

 Nawiasy kwadratowe stosuje się w następujących sytuacjach:
# gdy obejmują wstawki odautorskie w cytatach, wyjaśniające treść lub zawierające komentarz własny tego, kto cytatu używa;
# gdy obejmują oznaczenia skrótów i objaśnienia w cytatach — dla odróżnienia wstawek pochodzących od autora cytowanego;
# gdy konieczne jest użycie dwóch par nawiasów — czyli nawiasu w nawiasie — wówczas kwadratowe zawsze pełnią rolę zewnętrznych (szerszych), a okrągłe wewnętrznych (węższych); zasada ta jest stosunkowo młoda, jeszcze w latach 70. wstawiono je odwrotnie;
# gdy chcemy zasygnalizować opuszczenie jakiegoś fragmentu w cytacie, używamy wielokropka w nawiasach kwadratowych: [...], a nigdy okrągłych;
# gdy obejmują zapis fonetyczny (wymowę);
# gdy przy wydawaniu dzieła na podstawie rękopisu nie da się odczytać niewyraźnego lub zamazanego słowa w oryginale, to jego przypuszczalną postać wstawia się w nawiasy kwadratowe.

 Jak widać, na blogu wszystkie nawiasy są wstawione dokładnie odwrotnie, tzn. tam gdzie powinny być okrągłe są kwadratowe: jeden rok [gdzie Cyzia ma lat 11 a Lucek 17] to według mnie za mało i vice versa: James i Lily, więc też Black (...) urodzili się w 1960 roku. To są błędy typograficzne! Jeśli chcesz pisać poprawną polszczyzną, to nie można sobie pozwolić ta wstawianie takich znaków według własnego widzimisie. Podobnie jak dywizy zamiast myślników...

Słowo odautorskie
 To da się jeszcze powiedzieć coś ponad to, co już zostało powiedziane? Jeśli będzie to miało sens, to będę pod wrażeniem.
 Oho! Jak miło! Dziękuję, że doceniasz m.in. moje tytaniczne wysiłki wkładane w tę ocenę! Lubię gdy mi się słodzi, jesteśmy pod tym względem podobne. I nawet odpowiednie myślniki są w przewadze nad dywizami! Jakże cudownie! Sądziłam, że humor popsuł mi się zupełnie, ale znów się zreflektowałaś. Cwaniara!
 A tak na marginesie: mam nadzieję, że w samym opowiadaniu nie znajdę wielu błędów. I nadzieja ta ma związek z osobami wymienionymi na tej podstronie. Jeśli nie zapomnę, wyjaśnię to na końcu.

Inspiracje muzyczne
 Czyli coś, co niewątpliwie by mi się spodobało, gdyby działało. Pierwszych czterech kawałków nie da się włączyć Ale spokojnie! Jak zapewne zauważyłaś, do leniwych nie należę: znajdę sobie je gdzie indziej. Gorzej będzie z tymi mniej skłonnymi do ruszenia tyłka. Oni nie posłuchają sobie np. głównej inspiracji. I tragedia murowana!

 Jak widać: dużo tych dodatków, bardzo dużo, a nawet za dużo. Zanim przeciętny czytelnik dobrnie do ich końca, to trzy razy się zniechęci, cztery razy pójdzie po herbatę i dwa razy do toalety. Może by to jakoś skondensować?

 A teraz werble proszę! Oto długo oczekiwany moment! W końcu zabieram się za samo opowiadanie! Albo jeszcze nie?...
 Hej! Ja się na to nie zgadzam! Ja chcę tamten szablon! I Century Gothic! Ech, kaplica... Na stronie w archiwum widnieje inna szata. Grafika jest zbyt jednolita, czcionka jest za jasna i szeryfowa. Nie będę się bardziej rozwodzić. Szablon z głównej bije ten pod każdym względem.

 Wspomnę jeszcze, że opowiadanie jest ciekawie "uporządkowane": składa się z prologu i trzech części podzielonych na fragmenty. Pierwszy raz spotykam się z takim rozwiązaniem na blogu i muszę przyznać, że jest dużo ciekawsze niż oklepane rozdziały.

Treść
 W prologu poznajemy Daniela Smitha, głównego bohatera fanfiction. Dzięki krótkim scenkom z jego dzieciństwa dowiadujemy się pokrótce, jakie były jego relacje z rodzicami i starszym bratem. Mamy okazję towarzyszyć mu w jego pierwszej podróży do Hogwartu, kiedy to poznaje szóstkę starszych Ślizgonów. Zostaje przydzielony do domu Salazara i zaprzyjaźnia się Averym Juniorem. W szkole zdarza mu się wpaść na Severusa Snape'a, Pottera Seniora, Blacka i Evansównę. Jeszcze w Hogwarcie udało mu się opanować nie tylko podstawy Czarnej Magii, której uczył się z kolegami, ale też wszystkie zaklęcia niewybaczalne. Zdolny chłopak, nieprawdaż?
 Część pierwsza, zatytułowana "Katherine", rozpoczyna się iście ciekawie. Mamy tutaj omówienie aktualnej sytuacji życiowej głównego bohatera i dwie krótkie wstawi z udziałem Potterów i Severusa. Następnie możemy towarzyszyć Danielowi i Monroe podczas... wizyty u starej znajomej. I tutaj na scenę wchodzi tytułowa Katherine. Dziewczyna dziwna i pozornie mało znacząca. Może się wydawać, że jej ułamek historii jest tylko tłem, pretekstem do przedstawienia scenek z życia występujących w tym fanfiction bohaterów kanonicznych: Snape'a i Potterów. Tak czy siak, chyba nikt nie pozazdrości losu małej McGranhównie.
 Część druga, zatytułowana "Hogwart's Express", rozpoczyna się imprezowo. W domu Monroe odbywa się sympatyczne spotkanie szkolnych znajomych. Mamy okazję dowiedzieć się, co słychać u Ślizgonów, których Daniel poznał w pociągu, podczas swojej pierwszej podróży do Hogwartu. Następnie na scenę wkracza (długo przeze mnie oczekiwana) Bellatrix Black. Zarówno ona, jak i pozostali Śmierciożercy biorą udział w spotkaniu ze swoim Panem, który wymyślił nowy, iście voldemortowy plan. Akcja zaczyna się kręcić coraz lepszym tempem. Mamy okazję przyjrzeć się poczynaniom kolejnych, zgrabnie wplecionych w całość postaci kanonicznych: Lucjusza Malfoya, Fenrira Greybacka, Regulusa Blacka. W końcu wybija godzina prawdy, a Śmierciożercy, z nieprzewidywalnym dla czytelnika skutkiem, ruszają by wykonać plan swego Mistrza. W wir zdarzeń zostają mimochodem wciągnięci kolejni, dobrze wszystkim znani bohaterowie: Alastor Moody, Longbottomowie, a nawet Poppy Pomfrey! W myśl zasady "oko za oko" rozpoczyna się polowanie, obficie doprawione zazdrością i fanatyzmem.
 Część trzecia, zatytułowana "Nie ma jak u mamy", rozpoczyna się zaskakująco. Oto przed nami Dorcas Meadows i jej misja, o której nie powiedziano nic konkretnego. Później akcja zauważalnie zwalnia. Ot, koszmary Daniela, kolejne spotkanie z Voldemortem i jego kolejny plan, następna impreza Ślizgonów, spotkanie Huncwotów. Warto wspomnieć o kuzynce Smitha, Americanie i niejakiej Elizabeth, koleżance Katherine. Seria pozornie niepowiązanych ze sobą zdarzeń owocuje rodzinnym przyjęciem urodzinowym matki Daniela. I jak zwykle okazuje się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach...

 Pomysł, by uczynić głównym bohaterem śmierciożercę nie należy do oryginalnych. Mimo to, rzadko zdarza się, by ktoś odpowiednio go rozbudował i poprowadził. Wydaje mi się, że Tobie, droga Lori, się to udało. Temat poczynań Czarnego Pana i jego sługusów podczas pierwszej wojny jest wbrew pozorom tematem bardzo wdzięcznym. Stosunkowo niewiele o nim wiemy. Mnóstwo kwestii z nim związanych kanon po prostu przemilczał, co pozwala fanom puścić wodze fantazji. Mimo tego pozwolenia uważam, że trzymanie się realiów i wydarzeń opisanych przez Rowling jest kluczowe dla potterowskich fanfiction. Należy trafić w złoty środek: stworzyć swoją historię, która nie koliduje z kanonem, lecz uzupełnia go. Tak, Turn the mieści się idealnie w tym przedziale.
 Droga Lori, na podstronie "Pomysł" napisałaś, że jednym z Twoich celów jest wplecenie w fabułę jak największej liczby zaskakujących powiązań oraz nadawanie błahym rzeczom ukrytego znaczenia. Wtedy bardzo sceptycznie do tego podeszłam, ale teraz mogę stwierdzić, że zgrabnie sobie z tym poradziłaś. Może nie do końca w opisanym przez Ciebie stopniu, lecz w tekście faktycznie występują tego typu elementy. Całość wydaje się być z góry dobrze zaplanowana, skrupulatnie skonstruowana. I chwała Ci za to! Dzięki temu, że sceny, z których składają się kolejne notki, zawierają konkretną treść i nie ma w nich wodolejstwa, to cały tekst zyskał na zgrabności. W każdej z trzech części akcja kręci się szerokim łukiem wokół jednego, ustalonego wydarzenie, do którego nieubłagalnie wszystko zmierza. W związku z tym uważam, że zastosowano tutaj najlepszy z możliwych podziałów fanfiction.

 Wydarzenia przedstawione w Turn the Page nie noszą znamion braku logiki i chwała Ci za to, droga Lori. Układają się w zgrabny ciąg przyczynowo-skutkowy: nic nie dzieje się od tak sobie, ni z gruchy, ni z pietruchy. Każde zdarzenie zostało uwarunkowane sytuacją z przeszłości i ma wpływ na przyszłość. W tym punkcie jest znacznie lepiej, niż w większości internetowych fanfiction. To zapewne zasługa z góry zaplanowanej fabuły i określonego zakończenia. Dobrze to wyszło.
 Znalazłam tylko cztery fakty, którym warto by było przyjrzeć się bliżej.
 Pierwsza perełka trafiła się jeszcze w prologu, w jego drugiej części. Chodzi mi o Ceremonię Przydziału Daniela i słowa, które wówczas usłyszał. Tiara Przydziału obrażająca Dumbledore'a i Gryffindora? No błagam... Przecież ona należała do Godryka! Jakim cudem nagle została... zeslytherinonizowana? Do tego przed byle smarkaczem przyznaje się do aktywnej pomocy Voldemortowi? Że co?! Nie kupuję tego. To totalny absurd.
 Drugą rzeczą, którą chcę poruszyć, jest umiejscowienie w czasie przepowiedni Trelawney. Z kanonu wiemy, że została wygłoszona przed narodzinami Harry'ego i Neville'a. W Turn the Page ma ona miejsce później, gdy Potterowie i Longbottomowie cieszą się już swoimi pociechami. Jedynym logicznym wytłumaczeniem tego zabiegu mogłoby być to, że Alicja Longbottom pojawia się w Hogwart's Express w roli aurora-ochroniarza i głupio by wyglądało, gdyby biegała za śmierciorzercami będąc w zaawansowanej ciąży. A może był jakiś inny, równie ciekawy powód takiego przeinaczenia?
 Kolejna nieścisłość dotyczy Fenrira Greybacka i jego likantropi. Część trzecia "Hogwart's Express" rozpoczyna się interesującym opisem dotyczącym tej jakże ciekawej persony i jej przypadłości. Wynika z niego, że osoba zarażona likantropią przybiera postać wilkołaka jedynie wówczas, gdy bezpośrednio pada na nią światło odbijane przez księżyc w pełni. W chwili, gdy Srebrny Glob znika za chmurami, Greyblack na krótko znów zmienia się w człowieka i tak w kółko. Po mojemu: brak w tym logiki. Gdyby prawdą było, że wystarczy ukryć się przed światłem księżyca, by uniknąć przemiany w wilkołaka, to likantropia nie byłaby w świecie Rowling powodem do tak wielkiej alienacji osób nią dotkniętych. Ludzi takich można by zamykać na kilka dni w pomieszczeniach bez okien, np. w piwnicach, i nie byłoby problemu. Domyślam się, że pomysł takiego ujęcia tej kwestii zrodził się ze sceny z Więźnia Azkabanu, w której to Lupin, Syriusz i wielka trójca wyszli z tunelu przy Wierzbie Bijącej, a księżyc wyłaniając się zza chmury, spowodował metamorfozę Remusa. Ale przecież zaledwie kilkadziesiąt stron wcześniej padły słowa: Mogę ukryć się w swoim gabinecie... zwinąć się w kłębek jak nieszkodliwy wilk i czekać, aż księżyca znowu zacznie ubywać. Ale kiedyś, zanim wynaleziono wywar tojadowy, raz na miesiąc stawałem się groźnym potworem, a kawałek dalej: ... żeby nikt nie dostał się do miejsca, w którym na prę dni stawałem się groźnym wilkołakiem. Z tych dwóch zacytowanych fragmentów wynika, że przemiana w wilkołaka następowała wraz z pełnią księżyca i trwała nieprzerwanie jeszcze przez kilka dni po pełni, aż kształt Srebrnego Globu wyraźnie przestanie przypominać koło. Mimo iż zależność metamorfozy od światła opisana w Turn the Page daje wiele ciekawych możliwości, to jednak nie jestem w stanie jej przyjąć. Dla mnie to jednak zbyt wielki bezsens z tymi chmurami.
 Następna perełka, która wydaje mi się być totalnie z palca wyssana to reakcja władzy po wydarzeniach w Hogwart's Express. Czegoś takiego po prostu nie da się utrzymać w tajemnicy. Po pierwsze trzeba było zawiadomić rodziców, a nie wierzę, że nikt by się nie oburzył na organizację całej wycieczki i nie napisał do Proroka codziennego. A nawet gdyby kazano rodzicom trzymać język za zębami, to dzieciarnia, która szczęśliwie dojechała do szkoły, na pewno napisała do całej rodzinki co się stało i dalej pocztą pantoflową wszystko by się rozniosło. Zatem sposób działania Ministerstwa świadczy o poziomie bezmyślności bliskim idiotyzmowi.
 Pomijając te wpadki jest naprawdę nieźle.
 Jeśli chodzi o ogólne wrażenia, to uważam że fabuła jest bardzo ciekawa. Pojawia się wiele wątków, które zostały tylko wspomniane w kanonie, np.: kwestia Dziennika i tego jak znalazł się w posiadaniu Malfoya, zaręczyny Bellatrix i Rugofla, przepowiednia Trelawney Pod Świńskim Łbem. Są bardzo zgrabnie wplecione w ciąg wydarzeń związanych z Danielem Smithem. Podoba mi się to.

Bohaterowie
 Główną postacią Turn the page jest Daniel Smith. Urodził się w magicznej rodzinie niemalże czystej krwi. Ostatni mugol, jaki dodał swoje chromosomy do puli familijnych genów Smithów i dorzucił gratisowo pospolite nazwisko, nazywał się Dylan i był, bodajże, pradziadkiem Daniela. Piszę "bodajże", bo genealogia rodziny Dana jest pokręcona w stopniu odwrotnie proporcjonalnym do ilości objaśnień. Pojawia się sporo imion, a tylko ułamek z nich jest wyjaśniony. Wątpię, czy ktokolwiek z czytelników jest w stanie połapać się, jak Zachariasz, Chauncley czy Chefsiba są powiązani z Danielem.
 Wróćmy jednak do postaci samego głównego bohatera. Jest śmierciożercą kategori A. Bezkrytycznie wielbi Voldemorta. Jest mu bezgranicznie oddany. Widzi w nim swojego Pana, swojego Guru nawet wtedy, gdy ten zadaje mu ból. Za sprawą swojej absolutnej fascynacji wchodzi w konflikt z Bellą; rozpoczyna się ich rywalizacja o względy Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
 Byłoby jeszcze pół biedy, gdyby Daniel wpisywał się w typ żołnierza-robokopa. Gdyby po prostu bez słowa sprzeciwu szedł po trupach, by wykonać rozkaz. Gdyby się nie zastanawiał, gdyby obojętnie, z miną robota wykonywał najczarniejszą robotę, nie pytając o powód. Gdyby to było najzwyklejsze zezwierzęcenie: Tak jest! Cel! Pal! Rozkaz wykonany!
 Ale nie. Daniel zachowuje się inaczej. Jest idealnym, książkowym przykładem fanatyka — zaślepionego danymi mu możliwościami, bezgranicznie wierzącego w jedyną słuszną ideę, głuchego na wszelkie kontrargumenty. Liczy się dla niego tylko jedno kryterium: czystość krwi. Nie ważne jest czy to matka, brat, dziecko czy zwykła nieznajoma. Liczy się idea, wyższy cel, lepszy świat.
 I jeszcze artyzm.
 Wiesz, droga Lori, miałam ostatnio możliwość grać w pewną świetną grę komputerową. Mniejsza o jej nazwę, ale w jednym z materiałów reklamowych użyto hasła: "Master the Art of the Kill". No wiecie: zabójstwa, skrytobójstwa, morderstwa i tym podobne. No! Dokładnie! Altair i te sprawy!
 No to właśnie nie o to chodzi w przypadku Daniela. W jego przypadku zabijanie nie jest tylko drogą do zwycięstwa, a biegłość w zadawaniu śmierci — jedyną gwarancją powodzenia całej misji. Powiedzenie cel uświęca środki nie ma tu najmniejszego sensu. Bo Smith kocha się w przemocy, w zadawaniu bólu, w czysto zwierzęcym mordzie. Z lubością babrze się w rzece krwi i ludzkich wnętrzności, nie czując obrzydzenia. To go odróżnia od pospolitych fanatyków, dla których zabijanie jest metodą. Dla Daniela morderstwo to jednocześnie i metoda, i cel. Jest jakby rozszczepiony pomiędzy wiernością Voldemortowi, a psychopatyczną rządzą mordu. A do tego wygląda na kogoś do szpiku opanowanego i świadomego swoich czynów. I to wydaje się być najobrzydliwsze. Jak to możliwe, że człowiek potrafi być do tego stopnia spaczony, tak horrendalnie wykrzywiony?
 Warto też wspomnieć o smithowych kontaktach z mugolami. Mogłoby się wydawać, że ktoś o jego charakterze nie jest w stanie nawiązać jakiejkolwiek więzi o osobami niemagicznymi. A tutaj niespodzianka. Danielowi zdarza się niezobowiązująco sypiać z przygodnymi mugolkami, pali mugolskie papierosy, wynajmuje mugolską kawalerkę. Ale przede wszystkim: dokonuje niezaprzeczalnie mugolskich morderstw.
 Mogłoby się wydawać, że ten bohater nie ma sensu, że jest posklejany ze skrajności, których nie da się logicznie ze sobą powiązać. I taka jest prawda. W końcu jak to było raz powiedziane: nie staraj się analizować psychiki Daniela – nic ci z tego nie wyjdzie. A na dodatek mogłabyś się przestraszyć. Tak, chyba się z tym zgodzę.

Monroe Avery to przyjaciel Daniela i zarazem kolega po fachu. Również służy Czarnemu Panu, ale charakter jego służby jest zupełnie inny niż w przypadku Smitha. To taki śmierciożerca kategorii B: jest oddany idei, a nie bezpośrednio Lordowi. Można powiedzieć, że w przeciwieństwie do Dana, przy wykonywaniu zleceń Voldemorta używa mózgu. Również jest zimny i opanowany, ale zna granice. Działa rozważnie. Jak przystało na czarodzieja, nie bawi się mugolskimi zabawkami. Sprawy załatwia szybko i profesjonalnie: rachu ciachu i do piachu. Avada kedavra, znak i do domu. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało odpychająco: ma zdrowe podejście do morderstw i wybryków Daniela. Nie wacha się krytykować przyjaciela nawet w dosadny, wulgarny sposób. W ostateczności potrafi się nawet wobec niego posunąć do przemocy, by go otrzeźwić. Jest konkretny i potrafi postawić na swoim, jeśli ma w czymś interes. Przejawia zdolności przywódcze, dzięki czemu jakoby dowodzi śmierciożercami pod nieobecność Malfoya. To on był głównym inicjatorem "szkolnego kółka wyrównawczego z czarnej magii".
 Jest moim zdaniem dobrze poukładaną, wiarygodną postacią. Bardzo mi przypadł do gustu. I drinki umie mieszać, o!

Abigail i Jonquil McGranh — Mój Boże! Męskich imion zabrakło w Internecie?! Rodzice go nie kochali, czy co? A ona? Jak ją w końcu zdrabniać? Abby czy Abbie? Obie te wersje się pojawiły, zatem piękny przykład braku konsekwencji w pisowni imion.
 Jonquil, jak sama nazwa wskazuje, odgrywa rolę zbliżoną do roślinki. Jest i tyle.
 Abigail za to wydaje mi się jakby przerysowana. Ta jej zawiść wobec Daniela-dziecka wydaje mi się nielogiczna i przez to sztuczna. Dziwna z niej kobita, ale w ostatnich godzinach życia zachowuje się jak przystało na kogoś, kto przeciwstawił się Voldemortowi. Tutaj nie da się jej nic zarzucić.

Katherine McGranh — dziewczę z pierwszej części. Znalazła się w trudnej sytuacji (tak delikatnie mówiąc), a mimo to zachowała się zupełnie nieadekwatnie. Zamiast wpaść w panikę, uciekać, gryźć i kopać — zachowała spokój i dała się prowadzić jak baran na rzeź. Zamiast stawiać się Danielowi, poddała się temu, co on zdecydował, czasem tylko mu pyskując. Dla mnie: dziewczyna z innej planety. W ogóle nie mam pojęcia, czym uzasadnić jej zachowanie. Chorobą psychiczną wszakże chyba nie.
 Jej historia była kluczem do innego wątku, który został poprowadzony przy użyciu kolejnych postaci:

Americana Monaghan — Ślizgonka spokrewniona z Danielem (kuzynka drugiego stopnia). Jest nim oczarowana, mimo iż czasem ją przeraża. Stara się, by uważał ją za godną przystąpienia do grona śmierciożerców. Nawet jej to wychodzi: Smith dzieli się z nią informacjami, wymieniają korespondencję, spotykają się czasami. Tak naprawdę to dziewczyna nie nadaje się na sługę Voldemorta. Jest pogodna, wygadana i wbrew pozorom wrażliwa. Zgrywa oschłą i wyniosłą Ślizgonkę ale daleko jej do fanatyzmu kuzyna.
 Myślę, że da się ją nawet polubić.

Seward Yaxley — kolejny Ślizgon do kolekcji. Przyjaźni się z Americaną i podobnie jak ona utrzymuje bliskie kontakty z kolegami śmierciożercami. W Hogwarcie, w niektórych kręgach uchodzi za tego, co to wie co i jak. No i faktycznie jest nieźle zorientowany w sytuacji, np. zna prawdę dotyczącą Petera Pettigrew, co jest według mnie absurdem.
 Taki trochę cwaniaczek i pozer, moim zdaniem. Ale realistycznie przedstawiony, co prawda.

Elizabeth Padmore — koleżanka Katherine, Krukonka. W bystrości swojej przejrzała na oczy i postanowiła stanąć po jedynej słusznej i zwycięskiej stronie... A wykombinowała to po tym, jak śmierciożercy zabili jej przyjaciółkę. Doprawdy, logiczne. Jestem ciekawa jak dalej potoczą się jej losy i tego, co zrobi ze swoim wyborem. Coś czuję, że w przyszłości ta dziewczyna albo okaże się geniuszem, albo straszną kretynka. Tak czy siak: będzie wesoło.

Rodzinka Daniela, czyli:
Mateczka Isabella, potocznie zwana Bellą, co doprowadza Daniela niemal do zawału. Czarownica, a zachowuje się gorzej niż kumochy ciotki Petunii. Na swoich urodzinach zabawia gości opowieścią o śmierci swej przyjaciółki, wygłaszaną z teatralną żałością i chorą rządzą bycia w centrum uwagi. Fuj.
Tatusiek Lamont to taki trochę kretyn, a trochę małomiasteczkowy dupek. Sposób w jaki skonstruowano jego wypowiedzi zupełnie mi się nie podoba. To zapewne miał być język na coś stylizowany, a wyszło to sztucznie i przerysowanie.
Braciszek James, zwany Jassie z przyczyn totalnie mi nieznanych. Z tego co się orientuję to imię zdrabnia się na: Jim, Jimmy, Jimmie, Jamie, Jimbo albo Jamey. Jessie to zupełnie inne imię! A wracając do samego bohatera, to dla odmiany jest taki zwykły. Niczym się nie wyróżnia, ale też nie ma jakiś poważnych mankamentów. Ot, po postu starszy brat.
  Gościnnie: bratowa Sussan i bratanica Essie — krótko, głośno, intensywnie.

 Większość odautorskich bohaterów tego fanfiction to postacie wiarygodne, ludzkie. Działają w sposób odpowiedni do swojej osobowości i sytuacji, w której się znajdują (pominąwszy Katherine). Są różnorodni, można o nich sklecić kilka zdań. Jest dobrze! Jedno mi tylko podpadło: nadmierne uwielbienie zielonych oczu, którymi pochwalić się mogli: Daniel, Abigail, Katherine... Do tego jeszcze Lily i Harry. Połowa populacji opowiadania!

 Co do bohaterów stricte kanonicznych, to nie zauważyłam jakichś większych zgrzytów. Śmierciożercy: Bella, Lucjusz, Severus i reszta wesołej kompanii są rowlingowscy. Tylko Voldemort jakoś tak kuleje. Za dużo gada, za mało robi. Jest ubogi i ograbiony z całego swojego magnetycznego uroku, który przecież przyciągał śmierciożerców. Cienki Bolek z niego.
 Nie jest najgorzej, jeśli chodzi o Huncwotów (choć pojawili się w szczątkowych ilościach) i Lily. W sumie mało można o nich powiedzieć.
 Mogę się doczepić tylko jednej, małej sprawy: skoro imiona miały być spolszczone, to dlaczego narzeczony/mąż Belli nazywa się Rudolphus? Z tego co się orientuję, to w kanonie był nazwany po prostu Rudolfem. Ewidentny brak konsekwencji w imionach.

Miejsca i przestrzeń
 Główny bohater jest absolwentem Hogwartu, toteż większość akcji toczy się poza murami zamku. Nie jest to jednak żaden mankament, bo pojawia się wiele innych miejsc znanych z kanonu: Peron 9¾, Hogwart's Express, Hogsmeade, Nokturn, Spinner's End. Oczywiście sama Szkoła Magii również się przewija gdzieś pomiędzy tymi powyższymi: dormitorium Krukonów, Wielka Sala, Skrzydło Szpitalne. Opisów miejsc kanonicznych jest niewiele. Widocznie oczekuje się od czytelników pod tym względem znajomości kanonu. Trzeba jednak przy takich oczekiwaniach uważać, by samemu nie palnąć gafy, np.: szczątkowe informacje o Spinner's End w końcówce czwartej części "Katherine": mruknął niewyraźnie Snape, przechodząc chwiejnym krokiem do salonu, a tymczasem z Księcia Półkrwi wiadomo, że drzwi frontowe lokum Severusa prowadziły właśnie prosto do tegoż salonu, przez co przytoczone powyżej zdanie traci sens. Osadzając akcję w miejscu dokładnie opisanym przez Rowling, przypomnij sobie owe opisy!
 Miejsca niekanoniczne, np. kawalerka Daniela czy dom Monroea, są opisane bardzo szczegółowo, zwłaszcza w przypadku tego drugiego miałam wrażenie zbytniej drobiazgowości. Nie jest jednak źle.

Narracja, styl i tym podobne
 W Turn the Page mamy do czynienia z narracją trzecioosobową, przy czym wszechwiedzący narrator często-gęsto ujawnia się w niespodziewanych zwrotach do czytelników lub jednego z bohaterów oraz wyprzedza niektóre fakty np. rozmowa Krukonek o Katherine albo losy policjanta badającego sprawę morderstwa Smitchów. O ile ten drugi zabieg bardzo mi przypadł do gustu, o tyle ten pierwszy był męczący. Owszem, wprowadzał jakąś taki miły klimacik i atmosferę swojskości, ale czasem trzeba było stanąć w połowie akapitu, wrócić i jeszcze raz doczytać, kto to mówi, do kogo i co to w ogóle jest. Trochę zbyt niespodziewanie pojawiały się te zwroty.
 Podobało mi się również to, że narrator nie trzyma się kurczowo postaci głównego bohatera, lecz często "przenosi" się do innych bohaterów, by opowiedzieć, co też u nich słychać. Niby jest to takie oczywiste, ale w niewielu czytadłach twórcy o tym pamiętają.
 Proporcje pomiędzy opisami i dialogami są odpowiednie. Nie rzucił mi się w oczy zarówno niedobór, jak i nadmiar któregoś z nich. Bardzo fajnie jest pod tym względem. Słownictwo jest urozmaicone. Elementy humorystyczne pojawiały się w ilościach śladowych. Wiem, że było tam coś, co sprawiało, że czasem uśmiechałam się pod nosem, ale nic konkretnego nie zostało mi w pamięci. Nie jest to bynajmniej coś, za co byłabym skłonna krytykować. Fabuła i treść Turn the Page nie należą do wesołych i wydaje mi się, że jakiekolwiek tandetne dowcipkowanie wyszłoby na ich tle co najmniej żałośnie. Klimat całego fanfiction jest poważny, co bardzo mu pasuje.
 Wulgaryzmy ścielą się równie gęsto co trupy. Do tego mają wszelaki kaliber i zasięg. I bardzo dobrze, że się pojawiają. W znacznej większości przypadków są użyte w momentach, gdzie ich obecność jest w pełni uzasadniona, a nawet wskazana. Nie wiem jak inni oceniający, ale ja nie wyobrażam sobie żeby wielki, zły śmierciożerca, wchodząc do pokoju gdzie bestialsko zaszlachtowano bezbronną kobietę, skwitował widok zwłok słowami: O psia kostka! Ojejku! Co też jej zrobiłeś?. Nie, zamiast tego padło hasło Jesteś pierdolnięty, Dan. I tak ma być.
 Dialogi są skonstruowane nieźle. Mogę im zarzucić jedno: w początkowych rozdziałach denerwowało mnie to, że wszyscy bohaterowie zwracając się do rozmówcy wplatali w wypowiedź jego pełne imię, co roztaczało wokół konwersacji smrodek oficjalności, np.: — Nie boisz się śmierci, Katherine? // — Nie, Danielu.. To w moim odczuciu brzmi strasznie sztucznie. W dalszych częściach albo nie było już takich numerów, albo się do nich przyzwyczaiłam.
 Jeszcze słów kilka o sposobie przedstawiania drastycznych scen. Nie wychodzi to źle, powiedziałabym nawet (jeśli wypada użyć takiego słowa) że wychodzi to przyjemnie. Jeżeli porównamy ze sobą trzy sceny morderstw: Abigail McGranh, dziewczyny w pociągu i rodziny Smithów, to nie trudno dojść do wniosku, że styl ich opisywania jest coraz lepszy. W przypadku Abby opis był czasem bardziej groteskowy niż wstrząsający: Ostrze przebiło skórę Abigail, przeciągnął je po całej szerokości jej brzucha. Czerwona ciecz natychmiast pojawiła się na ciele kobiety, spływając strużkami na podłogę. Sól posypała się, ręką nacisnął tylko bardziej ranę. Z tym to jak z Pinokiem: niby fajnie, ale jednak drewniak. Każde zdanie wydaje mi się wymuszone i przez co w ogóle nie trafia do mnie groza całej sytuacji. Powiem więcej! Solniczka mnie rozśmieszyła. Wiem o co z nią chodzi, ale mam nieodtarte wrażenie, że to sformułowanie nie pasuje do opisu mordu. Cokolwiek innego: paczka, torebka, pudełko soli, ale nie solniczka... A scena z udziałem rodzinki Smithów? Czego tam użyto? Noża z ozdobnej zastawy? (Już pomijając fakt, że na zastawę składają się naczynia, a sztućce kupuje się osobno). Lori, miałaś w ręku taki nóż? Taki ozdobny, ząbkowany? Toż tym się ledwo kotleta da pokroić, a co dopiero człowieka zabić...
 No ale pomijając już kwestię doboru narzędzi, wspomnę o czymś innym. Zabrakło mi w tych opisach słów-kluczy, takich, które niezaprzeczalnie podziałały by na wyobraźnie, zszokowały i przeraziły czytelnika. W niektórych miejscach wręcz ich brak dawał się we znaki. Poszerzył ją [ranę] na tyle, na ile był w stanie. Poszerzył? Nie lepiej rozdarł? Albo tutaj: zacząć drapać jej brzuch. Drapać to się można po nosie. Drzeć, rozrywać, wyżynać, miażdżyć... Mało mamy w polszczyźnie słów, które w kontekście okaleczania ciała niosą ze sobą powiew grozy? Od groma ich mamy! W razie kłopotów, zawsze można zajrzeć do słownika wyrazów bliskoznacznych. Wiadomo, że nie należy też przeginać w drugą stronę, bo można zobojętnieć na taki wydźwięk słów. Trzeba znaleźć złoty środek: taki, w którym nie trzeba będzie na siłę wyobrażać sobie tego, co zostało przedstawione w tekście. Czytając opisy scen, w których dochodzi do psychopatycznych mordów, czytelnik ma mieć to przed oczami, umysł ma mu podsuwać makabryczne sceny jeszcze zanim dotrze do niego całkowity sens słów. To wielkie pole do popisu. Można tutaj całkowicie manipulować wszelkimi emocjami!

Błędy i połknięcia wszelkich typów
 Pod tym względem jest średnio. Opublikowany dotychczas tekst jest dosyć długi, przez co częstotliwość pojawiania się błędów nie przeszkadzała zbytnio w czytaniu. Owszem, trafiały się, ale ich ilość mieściła się w granicach przyzwoitości. Do tego wciągająca akcja i gładki styl sprawiały, że skupiałam się raczej na fabule, niż na zapisie.

 Jeśli chodzi o interpunkcję, to ogólnie nie jest z nią źle. W niewielu miejscach zapomniano o przecinkach, za to znacznie częściej trafiałam na przypadki, w których dochodziło do bezsensownego mnożenie przecinków. Chodzi najogólniej o to, że oddziela się tymi znakami fragment zdania uznany za wtrącenie, mimo iż mógłby swobodnie funkcjonować bez takiego wyróżnienia:
# stanął na siedzeniu i, z ogromnym wysiłkiem, podniósł kufer
# pokręcił głową i, z głośnym trzaskiem, zniknął
# Daniel, zszokowany, zaniemówił
# Słowa jej najlepszego przyjaciela, raniły
# Schody, ulokowane w przedpokoju, prowadziły na górę domu
# Ślizgon, zmieszany, przystanął
# syknęła do syna, który, na czworakach, próbował dostać się do swojego pokoju

 Inne uchybianie interpunkcyjne:
# Kiedy jesteś Śmierciożercą jesteś też punktualny — przecinek po drugim "jesteś" z racji powtórzenia;
# Ich wielkie, szare, puste oczy, zdawały — niepotrzebny przecinek po "oczy"l
# „Choćbym miała umrzeć, nie!” Choćby miała umrzeć... — kropka za cytowaną kwestiąl
# wszystko poza zadaniem jednego, kończącego wszystko, pchnięcia — niepotrzebny przecinek przed "pchnięcia". Jeśli wyliczamy w ten sposób cechy czegoś to po ostatniej z nich nie wstawiamy przecinka: mały, szary, kudłaty pies — bez przecinka przed rzeczownikiem;
# Severus upijał swoje sumienie, które, cholera!, cały czas myślało o Lily — po wykrzykniku nie powinno być przecinka. To zbieg znaków przestankowych, w którym przecinek zostaje wyparty. To tak, jakby na końcu zdania zakończonego wykrzyknikiem wstawić i ów wykrzyknik, i kropkę. Nie, wystarczy jeden znak i dalej normalnie od małej litery: które, cholera! cały czas myślało o Lily;
# inny, o wiele bardziej rozgrzewający, trunek — to samo co wyżej, niepotrzebny przecinek przed "trunek";
# Słońce, mimo, iż nadal zachodziło późno, chowało się za ciemnymi chmurami — przecinek stawimy zawsze TYLKO PRZED wyrażeniami mimo iż orazm mimo że, nigdy w środku tych wyrażeń;
# Daniel, kochanie; było od razu zabijać — nieuzasadnione użycie średnika, zamiast niego przecinek;
# no, niech będzie; prawie pusta — nieuzasadnione użycie średnika, zamiast niego dwukropek;
# na jeden raz, wypił całą zawartość — niepotrzebny przecinek;
# Strach, lęk, miłosierdzie,... — zapętał się zbędny przecinek przy wielokropku;
# Po chwili minęli ogromną fontannę, zdobioną martwymi, kamiennymi skrzatami — niepotrzebny przecinek po "fontannę";
# innego, o niebo dziwniejszego, ptaka — znów kwestia wymieniania cech;
# Elizabeth siedziała na parapecie tego samego okna, co ostatniej czerwcowej nocy spędzonej w Hogwarcie, i wspominała swoją zmarłą przyjaciółkę — z reguły nie wstawiamy przecinka przed pierwszym "i" w zdaniu (chyba, że wymaga tego np. zaznaczenie wtrącenia);
# Okrągły stół pokryty niebieską ceratą sięgającą podłogi, stał na samym środku pokoju — zbędny przecinek, w tym zdaniu jest jedno orzeczenie, rozbijanie go przecinkami jest bezcelowe;
 Radzę przypomnieć sobie zasady wstawiania przecinków.

 Kolejne zastrzeżenie, jakie mogę mieć do zapisu pod względem znaków interpunkcyjnych, jest takie, że pojawiały się często dywizy zamiast myślników. Doprawdy, droga Lori, nie wiem czy łapiesz o co chodzi w tym temacie. Na podstronach opisanych na początku analizy dywizy pojawiały się notorycznie. W samym opowiadaniu w dialogach przeważały pauzy (a nie półpauzy, czyli wstawiono je celowo, a nie przypadkiem), ale i tak często wyskakiwały ni z gruszki, ni z pietruszki te małe, wredne potworasy dywizy. Skoro nie mam pewności, czy wiesz, jak to powinno wyglądać, to pozwól, że asekuracyjnie to wyjaśnię:
# dywiz zwany łącznikiem (-) to znak typograficzny (a nie interpunkcyjny), powszechnie mylony z myślnikiem choć jest od niego znacznie krótszy, stosuje się go w przypadku zestawiania dwóch równorzędnych nazw (np. Maria Nowak-Kowalska, różowo-niebieski), w celu przerzucenia części wyrazu do kolejnego wiersza, w przypadku zapisów liczbowych lub skrótowców i ich odmiany (np. 3-krotny, ZUS-owi), przy kodzie pocztowym, numerach telefonu, wzorach chemicznych. Dywizu nigdy nie oddziela się spacjami!
# myślnik zwany pauzą (—) to znak typograficzny i interpunkcyjny o szerokim zastosowaniu. Trzeba wiedzieć, że to właśnie pauzy powinno się używać w dialogach i przy wtrąceniach, gdzie może zastąpić przecinek. To znak międzywyrażeniowy i zawsze po obu jego stronach używa się spacji.
# półpauza (–), czyli coś, co w wielu wydawnictwach wypiera pauzę z zapisu dialogów (moim zdaniem niesłusznie). Bez spacji używa się jej w zapisywaniu zakresów (np. trasa Kraków–Katowice, 1945–2010), ale gdy mamy na myśli jedną wartość z określonego zakresu, to już spację wstawiamy np.: mężczyzna miał 40 – 45 lat (nie mógł mieć jednocześnie 41 i 42 lata).
 Mam nadzieję, że teraz sprawa jest już jasna i ten problem zniknie na dobre. Mimo wszystko muszę Cię pochwalić, droga Lori. To pierwsze internetowe opowiadanie, na którym zaistniało coś takiego jak pauza. To napawa mnie optymizmem i umacnia moją wiarę w to, że jednak zasady pisowni nie umarły w internetowym światku fanfiction.
 Jeśli już jesteśmy przy takich sprawach, to muszę również pochwalić fakt, że w Turn the Page są stosowane wcięcia akapitowe. Niestety podobnie jak myślniki zdarzają się miejsca, gdzie o nich zapomniano, ale ogólnie to są. Trzeba się pod tymi względami pilnować!

 To może teraz mały spis rzeczy, które rzuciły mi się w oczy, a w których coś nie gra?
# ja też chcęęęę albo ja chcę do Hogwartuuuu — nawet jeżeli chcemy podkreślić przeciągłe wypowiedzenie jakiegoś słowa, to możemy użyć maksymalnie trzech znaków. To samo dotyczy np. wykrzyknięć: Aaa!;
# James szybko wskoczył do maszyny —to ci niespodzianka! Jechał w lokomotywie?
# Pociąg ruszał — nie da się ruszać przez jakiś czas. To nie jest czynność ciągła! Można stać, w pewnej chwili ruszyć, a ułamek sekundy później już się jedzie;
# Dzisiaj w nocy, korytarz na trzecim piętrze... będziesz, prawda? — po wielokropku zaczyna się nowe zdanie, zatem "będziesz" powinno być napisane wielką literą;
# Słowne utarczki tych dwojga stały się już stałą częścią treningu — jeśli mowa o chłopcach to powinno być tych dwóch, "tych dwojga" oznacza, że byli to przedstawiciele różnych płci;
# Brunet zacisnął mocno rękę na różdżce — można zacisnąć palca albo dłoń, ale nie rękę;
# Wycelował nią w kierunku myszy — powinno być , mówi się wycelować różdżkę, a nie "wycelować różdżką";
# Nigdy się im nie postawił, zawsze robili z nim to, na co mieli ochotę... Właściwie - czemu? Czemu sobie na to pozwalał? — rzecz o znęcaniu się nad Snapem. Powinno być: Czemu IM na to pozwalał. No, i pauza zamiast dywizu;
# ale obydwoje podświadomie wiedzieli, że broni Snape'a — znów to samo: jeśli mowa o dwóch chłopcach to obaj, o dwóch dziewczynach obie, a o chłopcu i dziewczynie oboje;
# To "nagle" było jak najbardziej oczekiwane, jak najbardziej pożądane i - jak to "nagle" ma w zwyczaju - niespodziewane — jeśli coś jest oczekiwane, to znaczy, że jest spodziewane. Zatem powyższe zdanie to bzdura;
# To, co można było zobaczyć w jego oczach po pojawieniu się zielonego światła, nie dało się wyrazić żadnymi słowami — dałaś się złapać w zawiłości zdania złożonego. Część wydzielona przecinkami służy jedynie dokładniejszemu opisaniu podmiotu, zatem po jej usunięciu, zdanie nadal powinno mieć sens: To [...] nie dało się wyrazić żadnymi słowami. Teraz wyraźnie widać, że powinien być użyty wyraz tego, a nie "to";
# Nie wgłębiając się za bardzo w to, co robili; była dość wczesna godzina wieczorna — zdanie totalnie powykręcane. Nie wgłębiając się jest imiesłowem, który został tutaj użyty niepoprawnie. Rzecz w tym, że musi dotyczyć jakiegoś podmiotu. To jest tak samo jak z bardzo powszechnym błędem: "Podsumowując, książka mi się podobała". Precz z taką konstrukcją!!! Wynika z tego, że to książka podsumowywała. To jest błąd! Tak powinno być: Podsumowując pragnę powiedzieć, że książka mi się podobała.. W ten sposób podkreślam, że to ja jestem podmiotem, ja podsumowuję i ja pragnę powiedzieć. Zatem po fragmencie Nie wgłębiając się za bardzo w to, co robili powinna nastąpić jakaś dalsza część zdania z sensownym podmiotem, po której powinno się postawić kropkę. Średnik w tym miejscu również jest użyty błędnie. Znaku tego używa się do oddzielenia różnorzędnych członów zdania, pomiędzy którymi zachodzi jakieś logiczne powiązanie. Tutaj tego powiązania zabrakło, zatem powinno się użyć najzwyklejszej kropki;
# Za grubą warstwą Tajemnicy ukrywał się Śmierciożerca. Śmierciożercę od zawsze fascynowała Czarna Magia, a kiedy (już w czasie jego edukacji w Hogwarcie) Voldemort zaczął swoją prawdziwą działalność, musiał wybrać. Śmierciożerca umiał już wtedy wypowiedzieć te Dwa Słowa. Śmierciożerca wtedy wiedział, za jaką stroną się opowiedzieć. Śmierciożerca wtedy wybrał. — co to ma być? Ja wiem, że te powtórzenia to zagrywka celowa, ale wydaje mi się zupełnie bezsensu. Nie dało się tego jakoś zgrabniej ująć? Zalatuje to na Kalego od Sienkiewicza. A dodatkowo nie używa się wyrażenia "za warstwą", lecz pod warstwą;
# Właśnie wtedy Śmierciożerca i jego równie śmierciożercowaty przyjaciel — no proszę... Śmierciożercowaty? Toż tutaj pogwałcono wszelkie zasady polskiej deklinacji. To się powinno odmieniać tak samo ja w przypadku wyrazu roślinożerca (roślinożernyśmierciożerny). Ewentualnie na wzór wyrazu krwiożerczyśmierciożerczy;
# blada twarz Pettigrewa — fajnie, że zdecydowałaś się odmieniać nazwiska, ale w tym przypadku Rowling zrobiła Ci kuku. Tego nazwiska nie da się odmienić według polskich norm, ze względu na jego wymowę. Co innego, gdyby czytać to według polskiej, a nie angielskiej fonetyki. Ale to byłoby morderstwo na kanonie;
# Tymczasem owy Rudolf — niespodzianka! Nie istnieje coś takiego jak "owy"; poprawna forma to ów;
# Wieczór był zimny i mroźny — a moja herbata jest ciepła i gorąca. Brak sensu. Albo to, albo to, albo coś innego;
# w niektórych domach ogień wesoło trzaskał w kominkach, kiedy za oknem świstał wiatr — a kiedy wiatr nie świstał, ogień też nie trzaskał?
# Pewna rudowłosa kobieta, trzymając się kurczowo płaszcza wysokiego mężczyzny, próbowała przeskoczyć wraz z nim przez jeden z wyższych żywopłotów — naprawdę chciałabym to zobaczyć; realizmu w tym ani za grosz;
# Severus owy znak posiadał, dumnie widniał na jego przedramieniuów! Wynika z tego zdania, że Snape widniał na przedramieniu znaku... Pilnuj podmiotu, bo czasem bzdury wychodzą;
# Czarny dach został pozbawiony kilku cegieł — dachów zasadniczo nie buduje się z cegieł, a już na pewno nie, gdy są czarne;
# Czarne jak smoła zasłony nie pozwalały nikomu zajrzeć do środka posiadłości — posiadłość to nie tylko budynek, ale również ziemna na której on stoi, zatem jak zasłony w oknach mogą ograniczać widok do środka posiadłości?
# pierwszy raz strzepał popiół — strzepnął;
# Kpisz, Abbie? — spytał sięspytał; unikaj zaimka "się" przy takich czasownikach. Wiem, że jest to zapis poprawny z punktu widzenia zasad pisowni, co nie zmienia faktu, że to połączenie wyrazowe jest charakterystyczne dla języka potocznego. Nigdy nie spotkałam się z nim w książkach, toteż zwalczam stosowanie go w twórczości fanowskiej. Mi osobiście przeszkadza nawet w mowie, a co dopiero na piśmie;
# Wrzask. Racjonalny krzyk.racjonalny —przemyślany, rozsądny, oparty na rozumie, kierujący się nim, wyrozumowany. I powiedz mi teraz, gdzie tu jest sens?
# Krew sączyła się szybko z ransączyć —wydzielać jakąś ciecz powoli, w niewielkich ilościach. Jak widzisz, "szybko sączyć" to wyrażenie równie sprzeczne wewnętrznie jak np. "młody starzec";
# Sprzątanie Daniela polegało na ukryciu wszystkich śladów, które mogłyby świadczyć, kto jest sprawcą zamieszania – nie mógł sobie pozwolić na zdradzenie Tajemnicy. Ciała Abigail i Jonquila nie tykał; zostawił je tak, jak były. Chodziło o takie drobnostki, jak na przykład Znak, który informowałby każdego czarodzieja, kto tu był i co tu zaszło. Żeby... nie było wątpliwości. — to w końcu sprząta wszystkie ślady, czy zostawia autograf w postaci mrocznego znaku? Ja już nie wiem, czego on w ogóle chce. To jakiś absurd;
# Jeszcze ostatnie spojrzenie na ciała zabitych i już miał się wyczarować Mroczny Znak — Znak sam miał SIĘ wyczarować? Tutaj to już nawet nie jest kwestia wyboru; to jest ewidentny błąd;
# ciemnozielona kurtka zakrywała ramiona i brzuch — a biustu już nie zakrywała? Nie sprowadzaj ciała człowieka do rąk, nóg i brzucha. Zdanie w takim stylu brzmi idiotycznie;
# mogła mieć najwięcej jedenaście lat — najwyżej;
# Rozglądnęła się z przestrachem... — rozejrzała;
# ...a potem odwróciła nagle, biegnąc w stronę drzwi — w czasie biegu do drzwi odwróciła się? Nie, najpierw się odwróciła, właśnie w stronę tych drzwi, a dopiero potem zaczęła biec. Czyli: Odwróciwszy się nagle, pobiegła w stronę drzwi;
# gdy nie zdążyła nawet dotknąć klamki — zanim zdążyła dotknąć klamki;
# Kuchnia była – jeśli znalazłeś ją pod warstwą kurzu, która tkwiła tu od trzech lat — znalazłbyś;
# Czasami zdarzyło się — zdarzało się;
# Przeraźliwy krzyk przeszywa pozornie idealną scenerię — idealna sceneria w jaskini Voldemorta?! No proszę Cię...
# Bodźce nie reagują na znaki... — no i nic dziwnego. Otóż, to organizm reaguje na bodźce, czyli inaczej znaki, a nie jakoś odwrotnie, czy nawet w poprzek;
# malec wpatruje się w nią swoimi zielonymi ślepiami — słyszałaś o czymś takim jak zabarwienie emocjonalne niektórych wyrazów? Chyba nie, skoro piszesz, że malutkie dziecko ma "ślepia". Kobieto, ślepia może mieć pies, potwór, demon... ale nie dziecko!
# Jego [dziecka] skóra była tak delikatna... Zupełnie jak szyja Jamesa, kiedy rano wychodził z toalety — albo nigdy nie widziałaś skóry niemowlęcia, albo nigdy nie dotykałaś szyi dorosłego faceta. To są dwa światy, a to porównanie nadaje się tylko na śmietnik;
# Przygląda się jej [dłoni] wnętrzu ze skupieniem na twarzy — wewnętrznej stronie, chyba że przyglądała się ścięgnom, kościom i mięśniom. Wiesz, tak przez skórę;
# Jej wspomnienia otwierają się przed nim, zachęcając do oglądnięcia — oglądania lub obejrzenia;
# Pozornie idealna sceneria została zakłócana jedynie szybkim, rytmicznym i ciężkim oddechem mężczyzny. — oddech nie może wpłynąć w jakikolwiek sposób na scenerię. Po za tym: została zakłócona, a nie "zakłócana";
# Tysiące dzieci się rodziło, tysiące ludzi umierało — tysiące się rodziły, tysiące umierały;
# Sierpień już od kilkudziesięciu lat nie był tak mroźnym miesiącem — faktycznie był mróz? Jeśli nie, to był to miesiąc chłodny, ewentualnie zimny, ale nie mroźny;
# kłócąc się o miejsce z półpustą półką na książki — w połowie pustą;
# ściana dzieląca ją od pokoju dziennego — oddzielająca;
# Zimne panele ciągnęły się po całej podłodze — rozciągały się na całej powierzchni podłogi;
# nie znał bowiem „przepisów” na kolejne trunki — "trunek" to typ alkoholu (jak wódka, whisky czy koniak), chodziło tu zapewne o drinki, które się przyrządza, i na które są przepisy;
# potrafił wyrecytować na pamięć skład „Sex on the Beach” — uczymy się NA pamięć, ale recytujemy Z pamięci;
# Kiedy w końcu wyciągnął długi patyk, niezręcznie wycelował nim w papierosa — po pierwsze: jak można nazwać różdżkę patykiem, gdy opisujemy scenę z udziałem dwóch czarodziei? Gdyby był tam mugol to co innego, ale tak jest to całkowicie bezsensowne. Po drugie: już pisałam wcześniej, że można wycelować coś (patyk, różdżkę, broń), a nie czymś;
# Skoczył do szafki, wyciągając gliniane naczynie — wynika z tego, że podczas wyciągania naczynia, skoczył do szafki, co jest ewidentną bzdurą. skoczywszy ku szafce, wyciągnął naczynie;
# Przestańcie o tym gadać, to było taaaaaak dawno — maksymalnie trzy znaki koło siebie!
# z udawanym uśmiechem wsunęła rękę pod jego przedramię — czyli zrobiła coś, co fachowo nazywa się ujęciem kogoś pod rękę;
# Zobaczyła ogród, oświetlany li jedynie wątłym blaskiem księżyca — tak to w polszczyźnie jest, że jedyne dopuszczalne zestawienie wyrazowe z "li" to li tylko;
# mógł przez podróż udawać jednego ze Ślizgonów — w trakcie podróży;
# rozglądnął się wokół siebie — coś się tak uczepiła? rozejrzał się;
# Błyskawice rozbijały się zaledwie dziesięć metrów od torów — jako ktoś, kto zdawał rozszerzoną fizykę na maturze mówię Ci, droga Lori, że wypisujesz totalne bzdury. Jeśli nie jesteś czegoś pewna, to albo to sprawdź, albo tego nie pisz, po prostu;
# rzuciła się na – Bogu winną – Kitty — związki frazeologiczne przytacza się dosłownie: Bogu ducha winną;
# zaraz mnie zgnieciesz i nic się nie dowiesz — niczego;
# On jest nieobliczalny, Sus — niepoprawne zdrobnienie. W ten sposób to polskie imiona się zdrabnia, ale nie zagraniczne. Sue;
# I obudzą się w Hogsmeade, cali zdrowi — cali i zdrowi;
# z uśmiechem patrzył się na wystraszoną Krukonkępatrzył, znów kwestia zaimka. Naprawdę, jeśli mi pokarzesz jedną książkę, której autor stosuję taką formę, to odwołam wszystkie moje utyskiwania na to. Póki co, ma być patrzył na Kruonkę, a nie "patrzył się";
# wieczór 1 września 1980 roku — po "1" powinna być kropka, która z "jeden września" zrobiłaby pierwszego września";
# przeniosła spojrzenie na czarodzieja siedzącego u góry stołu — w szczytu stołu;
# szanowny rodziciel — skoro ojciec został rodzicielem, to należy mu się milion dolarów nagrody. Rodzicielką jest tylko matka; ojciec jest co najwyżej rodzicem;
# musiała sama wracać taksówką, gdzie w progu czekał rozeźlony ojciec — " wracać taksówką do domu, gdzie..."
# Odkręciwszy butelkę z wodą i pociągnąwszy z niej dużego łykaduży łyk, w tym przypadku tak się nie odmienia;
# otworzył list i przebiegł szybko wzrokiem — gdzie tym wzrokiem pobiegł? "przebiegł szybko po nim wzrokiem";
# zachlać się do nieprzytomności — można się zachlać na śmierć, ale do nieprzytomności można się tylko schlać;
# drzwi otworzyły się i stanęło w nich czworo czarodziei — i znów ta sama śpiewka. To byli samy faceci, jak wynika z dalszej części, a "czworo czarodziei" określa grupę kobiet i mężczyzn. To trzeba umieć rozgraniczyć: "cztery czarownice" — same kobiety, "czworo czarodziei" — towarzystwo mieszane, "czterech czarodziejów" — sami faceci. To jak amen w pacierzu.
# właśnie teleportował się przed drzwiami „Bunkru” — "Bunkra";
# ― Avery! Daniel! ― krzyknął rozradowany a kawałek dalej: ― O, Daniel! ― ucieszył się szatyn, dopiero teraz zwracając uwagę na mężczyznę — tutaj chyba komentarz jest zbędny;
# właśnie patrzył się na zamknięte drzwi — znów to samo z zaimkiem; ale wiesz już o co chodzi, nie będę się powtarzać;
# to już nie bitwa o przetrwanie, a walka na śmierć i życie — a czym się to różni? Na śmierć i życie = o przetrwanie;
# W prawej kieszeni spodni miał schowaną różdżkę, której koniec i tak wystawał nieco ponad pięć cali z tej sprytnej kryjówki — no, diablo sprytnej. Wszyscy czarodzieje noszą różdżki w kieszeniach spodni.
# Podsunął się na krześle — doprawdy nie mam pojęcia co zrobił. Przysunął krzesło do stołu? Przysunął się do stołu nie ruszając krzesła?
# Rozglądnął się powoli, mierząc kolejnych członków jego rodziny — primo: rozejrzał się, secundo: mierząc wzrokiem;
# dziecko wydało się niegrzeczne na wizycie u teściowejpodczas wizyty albo w czasie wizyty;
# Jednakże, odwrócona uwaga od Jamesa, pozwoliła Danielowi wycelować właśnie w niego — ale zgrzyta! Jak już to odwrócenie uwagi rodziców od Jamesa;
# Czas dłużył się jej niemiłosiernie, a przy tym uciekał w zaskakująco szybkim tempie — sprzeczność i bezsens królują!
# na oparciu krzesła, na którym dopiero co siedział — siedzenie to czynność ciągła, nie można dopiero co siedzieć; można dopiero co wstać lub wcześniej siedzieć;
# Smith puścił siną szyję Essie, a huk mógł świadczyć o tym, że jej zwłoki upadły na podłogę — znowu zgrzyta. Nie słyszysz, droga Lori, jak to dziadowsko sztucznie brzmi? Kto normalny by tak powiedział? Nie staraj się udziwniać narracji na siłę, bo wychodzą jakieś karykaturalne badziewstwa;
# Och, mogę iść z tobąąąą, Sewaaard — maksymalnie trzy znaki, cholipka;
# opierając się o ścianę, wkroczył do budynku — przeszedł przez drzwi trąc ramieniem/plecami o ścianę? oh...
# W chwili, gdy zaklął, uderzając się w głowę, jego matka zawołała — zaklął w trakcie uderzenia się w głowę czy dopiero gdy się uderzył?
# Po chwili przybliżył go dobie do ust — sobie;
# wysunął język i przejechał po nim ze smakiem — ta część zdania jest potoczna do bólu; zasadniczo to językiem się po niczym nie jeździ, tylko się nim po czymś przesuwa; dotyczy to wszystkich części ciała.

 Z ostatniego dodanego rozdziału nie chce mi się wypisywać. Ile tego mamy? 87 przypadków nie licząc interpunkcji, literówek i pospolitych powtórzeń. Sporo. Jak widać większość uchybień to albo brak logiki w opisach, albo pogmatwanie w konstrukcji zdania. Zdarzyły się też błędy w odmianie. To wszystko są rzeczy do wyłapania podczas korekty. Wystarczy się tylko przyłożyć.

 Trafiły się też przypadki, do których przydałby się szerszy komentarz:
# czyżby w końcu zachciało ci się ruszyć dupę i przejść te kilkaset metrów oraz włosy sięgały mu mniej-więcej dwa centymetry za uszy — jak wiemy, akcja fanfiction toczy się w całości na Wyspach Brytyjskich, gdzie obowiązują jednostki imperialne. Zatem z tekstu powinny wylecieć wszelkie jednostki układu SI używanego m.in. w Polsce. Metry powinny zostać zastąpione przez jadry, centymetry przez cale i tak dalej;

# stanęła przy obrazie przedstawiającym sześć czarownic podczas obrządków towarzyszących Nocy Kupały — podobnie jak powyżej: Noc Kupały to święto typowo słowiańskie. Na Wyspach Brytyjskich jest ono praktycznie nieznane, w przeciwieństwie do czterech świąt celtyckich: Imbolc, Beltane, Lughnasadh i Samhain. Pamiętajmy, że w kanonie Rowling zazwyczaj odwołuje się właśnie do staro-angielskiej sfery historii magii (Merlin), zatem nie widzę sensu wplatania w opisy Hagwartu nazewnictwa i określeń rodem z drugiego końca Europy.

# mruknął ironicznie Daniel, chowając nowo zdobyte różdżki do kieszeni mugolskiej skóry — a z którego mugola zdarł tę skórę? Wyrażaj się precyzyjnie. To mogła być skurzana kurtka, płaszcz... Ten błąd pojawia się kilka razy: za sprawą mężczyzny odzianego w brązową skórę, rozpiął zamek skóry, wyciągnął z kieszeni skóry paczkę mugolskich papierosów, gdyby nie skóra, którą zarzucił na ramiona. Paskudztwo.

# Jej zielone tęczówki przepełniał strach pomieszany z nienawiścią żywioną do Śmierciożercy — ustalmy jedno: tęczówka to nie jest to samo co oko i nie można tych nazw używać zamiennie. Tęczówka to tylko jeden elementów tworzących oko, co widać na załączonym obrazku. Dodatkowo tęczówka nie zmienia się w zależności od nastroju swego posiadacza. Jak więc w przypadku Abigail mógł je przepełniać strach? Bzdura totalna! Oczy to rozumiem, dzięki mimice twarzy mogą nabierać różnego kształtu i wyrazu. Ale nie tęczówki! Tutaj kolejna perełka z tego tematu: powtórzył Monroe, świdrując młodego Smitha spojrzeniem brązowych tęczówek albo jego stalowe tęczówki uparcie wpatrywały się w ojca. Eh, to oczy się wpatrują, a nie tęczówki! Będę to tłuc, aż wejdzie!

# Chwiejnym krokiem przemierzył pomieszczenie, by otworzyć wierzeje — w domu Snapea są wierzeje? Jasne... A wiesz, droga Lori, co to są wierzeje? Otóż wyglądają dokładnie tak. Cytując za słownikiem: wierzeje — dwuskrzydłowa brama zbita z desek. Czujesz teraz absurd? Sprawdzaj znaczenie słów, zanim ich użyjesz. Wierzeje były również w knajpie "Bunkier" i "Pod Trzema Miotłami". Haha, nieźle się uśmiałam...

# Bezsensowne powtórzenia:
Lord Voldemort był jego bogiem, bogiem, którego tak naprawdę nigdy nie posiadał – przecież żaden Hogwartczyk, choćby z definicji, nie mógł wierzyć w istnienie jakiegokolwiek chrześcijańskiego Stworzyciela. Zaś jego Bóg – jego Bóg oferował wszystko: władzę, potęgę, możliwość zniszczenia tych wszystkich ścierw, tych plugawców, którzy nie zasługiwali na to, by dać im magię. Jego Bóg pokazał mu, że razem, razem mogą o wiele więcej niż zwykli śmiertelnicy; jego Bóg pokazał mu jednym machnięciem różdżki świat, świat późniejszy o rok, może dwa, gdzie wszystkie szlamy usługują im, prawdziwym czarodziejom... — w każdym zdaniu. Rozumiem, że można coś takiego stosować, ale nie z taką częstotliwością! Nie tak często! Nie ciągle i nie w kółko! W tym akapicie pojawiło się to cztery razy, a w następnym trzy.

 I jeszcze na sam koniec coś nie tak ściśle związanego z samym fanfiction. Bardzo fajnie, że czerpiesz inspirację z muzyki i dzielisz się adekwatnymi tekstami przy okazji każdego rozdziału. Jeszcze lepiej, że nie zapominasz o podpisach. Widać, że jest w tym konsekwencja i porządek. Zatem proszę, sprawdzaj zamieszczane na stronie informacje przed ich opublikowaniem. Znalazłam dwa przypadki, w których aż ugryzłam się w język, żeby nie skwitować ich dosadnie.
 Pierwszym było przypisanie piosenki Chryzantemy zespołowi Pidżama Porno. Nic mi nie wiadomo o tym, czy Pidżama kiedykolwiek zagrała ten kawałek (niewykluczone, że tak), ale na sto procent wiem, że to nie oni ją stworzyli. Jej tekst przypisuje się już częściej zespołowi Kury, co też jest objawem głupoty. Otóż, tekst przytoczony pod koniec pierwszej części jest tylko wulgarną przeróbką utworu napisanego w 1939 roku przez Zbigniewa Maciejowskiego. Autor owej wulgarnej wersji jest nieznany.
 Drugim był odnośnik to tekstu piosenki Czarny chleb i czarna kawa. Starczy trochę pogrzebać w googlach albo i na wikipedii, żeby się dowiedzieć, że to tzw. prisonsong, czyli piosenka napisana przez anonimowego więźnia, który miał się niby wzorować na "Na Na Hey Hey Kiss Him Goodbye" Steamsów z 1969 r. Zatem autor tego tekstu również jest nieznany.
 A morał z tego taki: sprawdzaj podawane dane, Lori! Rzeczą ludzką jest się mylić, ale przekonanie o swej nieomylności świadczy o poziomie bezmyślności bliskim idiotyzmowi. Nigdy nie popełnij takiego błędu.

Podsumowanie, czyli wyczekiwany koniec mojego ględzenia.
 Zacznę może od odważnego stwierdzenia, że mimo swoich mankamentów Turn the Page mi się podobało. To twór nadający się do czytania w długie, jesienne wieczory, z kubkiem herbaty w ręce i czasem oczami wielkości pięciozłotówek. Dodawane fragmenty mają przyjemną długość. Wstawianie fragmentów tekstów piosenek jest ciekawym urozmaiceniem. Widać, że blog od strony technicznej jest zadbany. Nie ma śmieci, jest fajny avatar i niezbyt fikuśny formularz dodawania komentarzy. Jak już pisałam, nie podoba mi się szablon w archiwum, bo jest zbyt jasny i utrudnia czytanie. Zdecydowanie najsłabszym elementem tego przedsięwzięcia są podstrony. Wyglądają, jakby ich zawartość napisano na samym początku istnienia bloga i od tamtej pory nikt ich nie uaktualniał. Moim zdaniem trzeba zrobić tam gruntowny remont, przeredagować je, by zawierały więcej konkretów, a mnie wodolejstwa. Szczególnie podstrona "Kanoniczność"; tam to już w ogóle jest syf, malaria i korniki.
 Co się zaś tyczy jeszcze samego fanfiction, to w przyszłości radzę uważniej czytać tekst przed opublikowaniem, wyłapywać więcej błędów logicznych. Warto też wyrobić u siebie nawyk sprawdzania spornych określeń czy wyrażeń. Internet to tak kapitalne źródło informacji, że trudno to sobie wyobrazić. Możliwości współczesnych wyszukiwarek są wprost nieograniczone: czego nie ma w Googlach, to nie istnieje. Wiąż powstają nowe, internetowe poradnie językowe, fora dyskusyjne, poradniki. Każdą wątpliwość można rozwiać, jeśli tylko się chce.
 Z mojej strony postarałam się jak najdokładniej unaocznić uchybienia i niedociągnięcia, które lubią umykać. Mam nadzieję, że ta analiza okazała się przydatna (jeśli oczywiście dotrwałaś do tego miejsca, droga Lori, a nie zdziwiłabym się, gdybyś ją olała w połowie). Przepraszam, że tak długo musiałaś na nią czekać, ale jak sama widzisz, jest obszerna. Zjadła mi dużo nerwów.

 Chyba rodzi się u mnie nowa tradycja: nie potrafię się zdecydować w sprawie oceny końcowej. Najchętniej zostawiłabym to tak, jak jest, żeby słowa mówiły same za siebie. Ale nie, muszę podjąć decyzję.

A niech Ci będzie.
+4

Powodzenia i pozdrawiam!
Iskra

PS. Omal bym zapomniała! Miałam coś wyjaśnić na końcu prawda? Głupio się ocenia blogi prowadzone przez kogoś, kto współtworzył najlepsze — moim zdaniem — oceny fanfiction na mylogu =P Skoro chciało mi się je czytać dla rozrywki, to coś znaczy.
I pozdro dla Sylv i spółki.


1 Rowling J. K., Harry Potter i Czara Ognia, Przeł. Andrzej Polkowski, Warszawa: Media Rodzina, 2001. Śmierciożercy, s. 670.
2 Rowling J. K., Harry Potter i Więzień Azkabanu, Przeł. Andrzej Polkowski, Warszawa: Media Rodzina, 2001. Mapa Huncwotów, s 219.
3 Rowling J. K., Harry Potter i Kamień Filozoficzny, Przeł. Andrzej Polkowski, Warszawa: Media Rodzina, 2000. Człowiek o dwóch twarzach, s 300.
4 Link zamieszczony na podstronie bohaterowie


skomentuj5



design & html: luna. only for cerata. graphic: wojtar-stock.

 

/html>